Fifty shades of gęś / Qualita


Kiedyś regularnie pojawiała się na polskich stołach, obecnie częściej pojawia się w formie koszmarnej ogrodowej figurki w towarzystwie krasnala. O kim mowa? Oczywiście o gęsi.
O przywrócenie do kulinarnych łask niesłusznie lekceważonych ptaków zadbała organizacja Slow Food Polska. W tym roku odbywa się dzięki niej dziesiąta edycja akcji Gęsina na św. Marcina, w której bierze udział restauracja Qualita.

Nowoczesna restauracja zlokalizowana w Q Hotel Plus serwuje między innymi kuchnię polską opartą na świeżych, regionalnych produktach. Szef kuchni Marcin Dudek posiada wieloletnie doświadczenie w branży gastronomicznej podparte szkoleniami i certyfikatami (jest m.in. ekspertem od kuchni koszernej). Pod sterami Marcina Dudka restauracja doczekała się wielu prestiżowych wyróżnień - wśród nich Żółtą Czapkę Gault&Millau i rekomendację Restaurant Week.
Specjalne menu przygotowane na jubileuszową edycję akcji Gęsina na św. Marcina będzie dostępne do dziewiątego grudnia. Fani gęsiego mięsa będą zachwyceni, sceptycy mają najlepszą okazję się do niego przekonać, a wegetarianie... wegetarianie mogą wpaść na deser :)
Pierwsza przystawka - sałatka z rukoli i świeżych ziół, podana z filetem z gęsi wędzonym na drewnie bukowym oraz pędami sosny. Pewnym zaskoczeniem były słodkie pędy, które próbowałam po raz pierwszy.
Druga przystawka - gęsie żołądki gotowane przez dwie doby w temperaturze 56 stopni próżniowo w rosole warzywnym, podane z duszonymi borowikami. Jeśli samo słowo "podroby" powoduje u was nieprzyjemny dreszcz, to gwarantuję, że nie ma się czego obawiać. Dzięki sposobowi przyrządzania mięso jest bardzo delikatne.
Zupa  - rosół domowy, ale proszę państwa - nie byle jaki. Tłusty, aromatyczny wywar gotowany na gęsinie, zawdzięczający intensywny smak mieszance świeżych ziół i przypraw (m.in. czosnek, majeranek, gałka muszkatołowa, lubczyk). Zupa serwowana jest z gęsinymi kołdunami (przypominają wigilijne uszka) oraz kluseczkami z mąki macowej, będącymi zapożyczeniem z tradycyjnej koszernej kuchni żydowskiej. 
Pierwsze danie główne - filet na pipku. Uspokajam osoby które słyszą nazwę po raz pierwszy - chodzi o cienko krojony gęsi żołądek :) Mięso przygotowane jest metodą sous-vide, czyli gotowane w próżniowym opakowaniu w temperaturze 59 stopni przez około dwie godziny, przez co nie traci walorów smakowych i jakości. Filet podano z sosem z ciemnego piwa, karmelu, miodu, anyżu i kory cynamonowej. Dodatkowo na talerzu wylądował pyszny knedel z czerwonej kapusty i palony ziemniak.
Drugie danie główne  - konfitowane gęsie udko, a raczej solidny kawał udziska. Podane z obłędnym sosem z czarnej borówki z gruszką i czarnym bzem, w towarzystwie wegańskiego paszteciku z kaszy jaglanej i ogórka kiszonego na ostro po żydowsku. Jeśli ktoś narzeka na małe porcje w eleganckich restauracjach, to na pewno nie będzie miał okazji w tym przypadku. Moje starcie z drugim daniem skończyło się wynikiem 1:0 dla udka 😂
Deser - kolejne zaskoczenie tego wieczoru. Gruszka gotowana w czerwonym winie z korzennymi przyprawami i miodzie z ekologicznej pasieki w Kamionnej, kruszonka piernikowa, lody z syropem sosnowym z posypką z młodych pędów sosny karmelizowanych w miodzie. Na brzegach talerza zredukowany ocet balsamiczny z przecierem morelowym oraz posypka z pudru z suszonego, zmiksowanego buraka. Do tej pory sosnowe igły kojarzyły mi się z odkurzaniem salonu po pozbyciu się choinki i gdyby ktoś mi powiedział, że będę je wcinała jakby jutra miało nie być, to bym się popukała w czoło. Warto dodać, że zazwyczaj na tym etapie wielodaniowych kolacji przeciętny człowiek bliski jest śpiączki z obżarstwa. My domówiliśmy drugi deser :)

Niezła sztuka / Filipa 18 Food Wine Art


Wszystkie zdjęcia autorstwa Ani Cupczyńskiej aka Karma w Kadrze

Filipa 18
to restauracja, która zjednała sobie serca i żołądki sporej grupy krakowskich foodies, czy jak kto woli - smakoszy. Piękny lokal z dużą otwartą kuchnią mieści się w Hotelu Indigo. Restauracja serwuje nowoczesną polską kuchnię, opartą na regionalnych i sezonowych składnikach (wiele z nich pochodzi z pobliskiego Starego Kleparza). Mimo usytuowania w eleganckim, butikowym hotelu, restauracja Filipa 18 należy do przytulnych lokali, w których każdy poczuje się komfortowo, w tym także podczas regulowania należności za jedzenie 😉 Jak na oferowany standard, ceny nie przerażają, a do tego przez cały tydzień w godzinach 12-17 można zamówić dania z lunch menu.
W nazwie restauracji znalazły się trzy słowa - jedzenie, wino, sztuka. Wyśmienitego wina (w tym pozycji rekomendowanych przez Piotra Kameckiego, prezydenta Stowarzyszenia Sommelierów Polskich) jest w karcie pod dostatkiem. Jedzenie jest nie tylko pięknie podawane, ale i wyśmienicie smakuje. Za prawdziwą sztukę nie uważam jednak grafik na ścianach lokalu, lecz kunszt szefa kuchni Marcina Sołtysa. Fine dining w jego interpretacji to po prostu...fajne dania. Mimo niezaprzeczalnego artyzmu oryginalnie serwowanych potraw, da się je wygodnie zjeść bez korzystania ze stustronnicowej instrukcji, a wszystkie smaki idealnie się uzupełniają. Wspomniany wyżej Marcin Sołtys szkolił się w L'Institut Paul Bocuse, gotował m.in. dla George’a Busha Roberta Kubicy, Kamila Stocha, jest też laureatem Złotego Ślimaka SLOW FOOD POLSKA V. Za menu degustacyjne przyznałabym mu każdego złotego mięczaka jaki występuje na lądzie i wodzie. Ale o tym niżej :)

Dzięki Jedling Marketing miałam okazję uczestniczyć w kolacji na której wypróbowałam menu degustacyjne. W cenie 179 zł otrzymujecie siedem pysznych dań plus intermezzo. Istnieje możliwość dopłacenia 89 zł za wine pairing.

Ta puszka nie skrywa kociej karmy, tylko tatar z bawety cielęcej  z ikrą pstrąga, pianą mleczną, grzybami i marynowaną cebulką; do tego Riesling Classic AOC
Nie zapomniano o wegetarianach: tu tatar z buraka z kozim serem

Matjas marynowany w oleju, zaprawa, młody ziemniak, kwaśna śmietana, smażona maślanka z masłem od Jacka Szklarka, ogórek małosolny, chleb żytni na miodzie plus Promised Land Chardonnay
Consomme grzybowe z foie gras - nieprzyzwoicie pyszne połączenie smaków

Rozpływający się w ustach filet z sandacza z gołąbkiem warzywnym, consomme z pomidorów  i emulsją pietruszkową z kieliszkiem Saint Sidone Rose
Proszę państwa, za chwilę dalszy ciąg programu, a tymczasem przerywamy transmisję z powodu intermezzo - lodów rabarbarowych
Pierś z kaczki, piernik z piwem i kardamonem, sos wiśniowy i kieliszek Lavau Cotes du Rhone
Marcin Sołtys w akcji
Wytrawny deser - nugat orzechowy, gruszka, marynata z herbaty rooibos, żel owocowy sparowany ze słodkim Moscato d'Asti DOCG
Ekipa odpowiedzialna za cudowny wieczór

May the Four be with you / Four


Pogoda może nas oszukiwać i udawać, że wciąż mamy lato, ale organizm wie swoje: zamiast lodów chcę lardo, nie chłonę chłodników, a wylegiwanie na kocu i zimną colę zamieniłam na wylegiwanie pod kocem i gorgonzolę. Nie ukrywam więc, że wybierając się na resturantweekową kolację do Restauracji Four trochę liczyłam na przebudzenie mocy.
Four to restauracja należąca do hotelu Grand Ascot. Ładne, nieco ascetyczne wnętrze utrzymane jest w klimacie designu z lat 60tych, a subtelna kolorystyka i przytłumione oświetlenie zapewniają intymny i przytulny nastrój. Miło było też posłuchać do kolacji klasyki jazzu i soulu bez konieczności przekrzykiwania się przy stoliku:)
W restauracyjnej kuchni rządzi szef Wit Wojas, absolwent Akademii Kulinarnej Kurta Schellera. Menu a'la carte jest dosyć skromne, ale nie zabrakło w nim sałatek, zup czy deserów. Zła wiadomość dla wegetarian - wszystkie dania główne są mięsne. Amatorzy mięsa raczej zatrą ręce radośnie, bo czeka na nich między innymi polędwica wołowa, kurczak zagrodowy i gicz jagnięca. Restauracja oferuje także menu sezonowe w którym dla odmiany obecnie znajdują się wyłącznie wegetariańskie pozycje, do tego w przyjaznych cenach. Oferta festiwalowa również nie zawiodła.

[Menu B] Foie gras z owocami i świeżym pieczywem - porcja skromniejsza niż w przypadku drugiego menu, ale na pewno przywróci wam równowagę Mocy
[Menu A] Krem z karczochów, pierożek z borowikami - solidna porcja gęstego, lekko kwaskowatego kremu z pysznym pierogiem
[Menu B] Filet z perliczki, kasztan, mus z dyni, sos lawendowy - chuda, lekka i sycąca

[Menu A] Filet z sandacza, kurki, bób, palone masło - chrupiąca skórka i chude mięso w towarzystwie pysznych grzybów i lekko słodkawego bobu, palce lizać
Deser taki sam dla obu menu - gruszka w czerwonym winie, lody imbirowe (te ostatnie w gorącej panierce i w towarzystwie czekoladowego sosu)

Kalejdoskop smaków / Mozaika Resto Bar

Zdjęcia wnętrz autorstwa Anny Cupczyńskiej / Karma w Kadrze 

Mozaika Resto Bar to tegoroczna restaurantweekowa debiutantka. Nowa restauracja mieści się w hotelu Apis, położonym na północy Krakowa. Lokal serwuje kuchnię europejską, nieprzekombinowaną i opartą na świeżych, sezonowych produktach. Za specjały z karty odpowiada szef kuchni Paweł Franczyk. W menu nie mogło zabraknąć efektownych wersji takich klasyków jak pierogi (w wariancie z mięsem raków i białych ryb w kremowym sosie rakowym), ryby (sandacz sous-vide z borowikami, podpiekanym kindziukiem z Puńska i mozaiką porowo-ziemniaczaną w korzennym sosie maślanym), czy deser,ow w ciekawych, odświeżonych odsłonach. W niedzielę dostępne są trzydaniowe rodzinne menu lunchowe, ale w tygodniu także pojawiają się zestawy obiadowe w dobrych cenach. Warto wspomnieć, że Mozaika jest miejscem przyjaznym dzieciom - w restauracji znajduje się kącik dla najmłodszych gości, a w niedzielę bywają tam animatorki. Wreszcie - wnętrza. Wielkie okna, przytulne, pluszowe obicia mebli, szlachetny szafirowy odcień połączony ze złotem, ozdoby przypominające plaster miodu - wszystkie te piękne elementy łączą się w miłą dla oczu ... mozaikę :) Restauracje jest elegancka, ale przede wszystkim przytulna. 

Przetestowałam oba menu przygotowane na Restaurant Week i mimo iż dziczyzna nie jest szczególnie wysoko w moim rankingu ulubionych mięs, to nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, które menu mi bardziej smakowało, bo oba były pyszne. Postawię znak równości z małym plusem przy creme brulee :)

Menu B

Krem z topinamburu i selera / plastry kasztanów / mus z liści nasturcji - sycący, słodki kasztan przyjemnie zgrywał się ze smakiem kremu
Risotto z suszonym pomidorem / leśna kurka / cząstka dyni - lekkie i smaczne
Współczesny kogel mogel z miodem pitnym Dwójniak Lipiec / okruchy piernika / wybór sezonowych owoców - puszysta, nieprzesłodzona wariacja na temat deseru dzieciństwa

Menu A 

Ciepłe carpaccio z dorsza atlantyckiego / leśne runo / emulsja ze skorupiaków - przystawka z charakterem
Gulasz z jelenia / placek ziemniaczany / krem z czosnku i migdałów / purée z marchwi z aromatem trawy żubrowej -  delikatne mięso i słodkie, aromatyczne puree
Kawowy crème brûlée / korzenna beza / puder dyniowy - deser na piątkę z plusem i mój faworyt

Ogród rozkoszy ziemskich / Pino Garden


W czasach kiedy zdarzało mi się oglądać mecze rugby na stadionie Juvenii, najbliższa okolica pachniała raczej fryturą, niż różaną konfiturą. Obiekt gastronomiczny znajdujący się obok stadionu został na szczęście zastąpiony w 2016 roku przez restaurację Pino Garden - młodszą siostrę Pino ze Szczepańskiej. Tym samym amatorzy sportu na świeżym powietrzu i spacerowicze doczekali się wreszcie dobrej kuchni w najbliższej okolic Błoń.

Restauracja zajmuje powierzchnię 260 metrów kwadratowych, a ponad to posiada okazały 600-metrowy ogródek. Przy takim metrażu nie mogło oczywiście zabraknąć kącika dla dzieci. Podobnie jak w przypadku lokalu przy placu Szczepańskim, Pino Garden ma nowoczesny, ale przytulny wystrój i dużą, otwartą kuchnię.

Szefem kuchni jest Krzysztof Salawa, który odpowiada także za bliźniaczy lokal Pino. Sama kuchnia serwowana w Pino Garden nie będzie dla nikogo ogromnym zaskoczeniem. Restauracja postawiła na "pewniaki": między innymi pizzę, makarony, steki, owoce morza czy sałatki. Nie jest to rzecz jasna minus. Dopracowane dania, oparte na świeżych i często lokalnych składnikach smakują świetnie, a obszerna karta i tygodniowa wkładka gwarantują, że każdy klient znajdzie w Pino Garden coś dla siebie. W menu znalazło się również miejsce na dania dla najmłodszych odwiedzających.



One night in Bangkok / Taj Kraków


Ulica Miodowa powoli staje się zagłębiem kuchni azjatyckiej. Po cichutku, bez rozgłosu w mediach społecznościowych dołączył kolejny TAJemniczy lokal pod numerem 19. Mowa oczywiście o Taju.
Piękne wnętrze zapraszające zza przeszklonej witryny może wydać wam się znajome. I nie bez powodu, gdyż za wystrój odpowiada Piotr Paradowski (mający na swoim koncie m.in. projekty dla Zenitu, Lastriko czy Meat&Go).  Ściany restauracji zdobią specjalnie przygotowane dla niej grafiki Mateusza Kołka. Nie samymi jednak wnętrzami Taj przyciąga klientelę.
Właściciele Taja są doświadczonymi restauratorami, ale otwarcie tego lokalu i dla nich okazało się egzotyczną przygodą. Już podczas pierwszej wizyty w Tajlandii, zachwycili się bogactwem tamtejszej kuchni i postanowili przenieść ją na krajowy grunt, nie tracąc nic z jej autentyczności. W restauracji zatrudnili zawodowych kucharzy z Tajlandii (nie tajskich hydraulików, harfistów i hutników raczących klientów podłą wariacją na temat pad thai, jak chcieliby zwolennicy gastroteorii spiskowych). Wykwalifikowany zespół serwuje wyłącznie potrawy oparte na oryginalnych recepturach. Część składników wykorzystywanych w kuchni jest sprowadzana specjalnie z Tajlandii. W obszernym menu znaleźć można zarówno street food, jak i dania tradycyjne, czy bardziej nowoczesne. Przystępne ceny dań mięsnych i spory wybór potraw wegetariańskich ucieszą zwolenników jednej i drugiej opcji. W temacie cen nie można nie wspomnieć o lunchach - dostępnych w tygodniu dwudaniowych zestawach za jedynie 19 zł (zawsze do wyboru macie propozycje mięsne i wegetariańskie). Na stałych klientów czekają też karty zniżkowe.
Jeśli chodzi o moich faworytów, to są nimi wszystkie wegańskie przystawki, aromatyczne żółte curry warzywne, intrygująca zupa cynamonowa z tofu (która ma w sobie coś z potrawy wigilijnej), oraz obłędna suszona karkówka marynowana w sezamie.
Wszystkie zdjęcia autorstwa Anny (Karma w Kadrze).