ATO było po prostu niebo w gębie / Ato Sushi


Jak myślicie, gdzie pracuje finalista zeszłorocznego World Sushi Cup, jeden z najlepszych sushi masterów na świecie? Nie musicie wsiadać w najbliższy samolot do Japonii, bo Kaspra Krajewskiego - a o nim mowa - znajdziecie w ... Łodzi.

Po pierwszym nigiri chyba miałam jakieś zwarcie w mózgu
Mam znajomych z Krakowa, którzy od czasu do czasu jadą ponad 200 kilometrów tylko po to, żeby najeść się w obsypanym nagrodami Ato Sushi. Sama miałam okazję przekonać się dopiero niedawno, że wszystkie ochy i achy nie były przesadą.

W tym momencie pożałowałam, że mój żołądek nie jest z gumy
Ato to kameralny lokal, który znajdziecie na jednej z przecznic ulicy Piotrkowskiej. Wewnątrz bardzo minimalistycznie i niemalże bez ozdób. Za ladą, na stosunkowo małej przestrzeni uwijało się sześć osób i trzeba przyznać, że robiły to wyjątkowo sprawnie. Ato oferuje dostawę do domu, więc poza zestawami dla gości, spod dłoni sushi masterów wychodziło też sporo kawałków, które wędrowały dalej do jakiś szczęśliwców w Łodzi.

W menu znajdziecie przystawki (m.in. ceviche, krewetki, tatar), zupy, dania z makaronem, a nawet kaczkę - mnie oczywiście najbardziej interesowało sushi. Mamy więc w karcie nigiri: - zero udziwnień, za to same świeże ryby  i owoce morza (okoń morski, seriola, łosoś, tuńczyk, węgorz słodkowodny, ośmiornica, krewetka, kawior z łososia). Kilka rodzajów hosomaki, uramaki i futomaki, oraz fashion uramaki, czyli takie cuda jak grillowany węgorz, mango, tuńczyk, chilli, lub szparagi w panko, sos sezamowy, jalapeno, seriola, pikle wasabi, czy ananas, krewetka w kokosie, okoń morski, chilli, kolendra, mięta, avocado. Nie zabrakło też sashimi. Sushi można oczywiście zamawiać w formie zestawów.

Dostałam miejsce przy ladzie, więc miałam okazję przyglądać się pracy sushi masterów z bliska. Zdałam się też na ich wybór - poprosiłam tylko, by na mój talerz trafiło sporo ryb i coś mniej banalnego niż futomaki filadelphia, które dostanę w każdym lokalu z sushi w Polsce. Na początek wylądował przede mną talerzyk z sześcioma nigiri - każde z inną rybą. Zazwyczaj decyduję się  na rybę poddaną obróbce termicznej, gdy nie jem jej w sprawdzonym miejscu -  nawet nie z powodu obaw o zatrucie pokarmowe, ale surowa czasami smakuje jak podeszwa od buta. Czegoś takiego jak w Ato jeszcze nie jadłam: mięso niemalże rozpływało się w ustach, było doskonale i tak smaczne, że nawet nie przyszło mi do głowy używać sosu sojowego. Na pewno zdarzyło wam się zjeść w życiu coś tak dobrego, że przestaliście panować nad własną mimiką - i ja tak właśnie siedziałam z niezbyt mądrym wyrazem twarzy i zamkniętymi oczami, delektując się kolejnymi kawałkami.  Następnie na talerzu wylądowała jeszcze długo gotowana miękka ośmiornica z aioli truflowym i krewetka w tempurze. W sumie 17 sporych, oszałamiająco pysznych kawałków, po których nie miałam już siły na więcej.

Na szczęście na deser jest dodatkowy żołądek
Jak wiadomo, nawet najbardziej nażarta osoba zawsze zmieści w sobie jeszcze deser. Zamówiłam wychwalany przez znajomych tort z zielonej herbaty na kruchym spodzie, który bije na głowę większość wyrobów cukierniczych jakie jadłam w życiu. Za całe moje obżarsto (plus zielona herbata) zapłaciłam 130 zł. Jest to bardzo uczciwa kwota, biorąc pod uwagę, że jadłam tylko sushi z rybami i owocami morza i nie pożałowałam go sobie (o jakości nawet nie wspomnę). Wisienką na tym sushi torcie była też bardzo miła obsługa.

Ogólne wrażenia, jak w załaczonym gifie. Dołączam oficjalnie do grona osób, które wybierają się do Łodzi tylko po to, by odwiedzić Ato.

Bistro Copper, Hindus, Gorąco Polecam, Pizza Muffin Truck /
czyli co jedzą korposzczury na Ruczaju


W niejednej korpostołówie jadałam przez ostatnie lata, ale nie paliło mi się, aby wrzucać tu wpis o podobnej tematyce. Kto pracował przy (pieszczotliwie zwanym) Rondzie Ofiar Outsourcingu, ten sam wie, że biurowe jadłodajnie mają się do większości restauracji tak jak boks olimpijski do walk kogutów. Dzisiaj robię wyjątek dla kilku miejsc zlokalizowanych na Ruczaju, w których żywią się pracownicy okolicznych firm (ze mną włącznie) - ale rzecz jasna są to lokale ogólnodostępne, także dla ludzi bez identyfikatorów, kart wstępu, pinów i magicznych haseł. Jedzenie jest na stołach zazwyczaj ASAP, nie trafił się też większy gastrofakap, więc zapraszam do lektury :)

autor: Delfinozaur

Na pierwszy ogień idzie otwarte w budynku współdzielonym przez Motorolę i Shell Bistro CopperOd podobnych stołówek w firmowych budynkach Copper wyróżnia się na plus choćby wnętrzem. Codziennie do wyboru oferowane jest menu dnia: najczęściej dwie zupy, dania mięsne i jedno wegetariańskie. Z tym menu dnia bywa różnie - od poprawnie do zupełnie dobrze, za to cena za zestaw jest przyzwoita. Dużo ciekawsze opcje można znaleźć w karcie. Do wyboru mamy śniadania, burgery, pizzę (niedroga, a do tego nie jest to gąbczasta osiedlowa pizza z wyrobem seropodobnym, ale włoska na cienkim cieście), sałatki i makarony, które mogłoby być bardziej al dente, ale i tak są smaczne. Na miejscu można dostać jeszcze domowe ciastka i tarty na słodko.

Gorąco Polecam to sieciówka, która stosunkowo niedawno otwarła swój lokal pod adresem Czerwone Maki 81. Kawiarnia/piekarnia ma bardzo przyjemny wystrój - chciałoby się tam nawet posiedzieć dłużej, gdyby pracownicze obowiązki nie wzywały. W ofercie Gorąco Polecam są pyszne (bez ściemy) bułeczki wypiekane na miejscu, w różnych wariantach smakowych (mój ulubiony to dynia z fetą), croissanty, donuty, tarty, kawa, koktajle, świeżo wyciskane soki. Jeśli mam się do czegoś przyczepić, to może do relacji między wielkością wypieków, a cenami.

foto konkretne


Do Hindusa trzeba pofatygować się kawałek na nogach, w okolice Ericssona (przystanek Chmieleniec), ale raz w tygodniu, we wtorek foodtruck podjeżdża też pod Motorolę. Przeważnie do wyboru jest jedna opcja wege (dal curry, vege korma, chana masala) i trzy mięsne (butter chicken, chicken vindaloo, chicken madras, pork vindaloo i inne). Potrawy mają kilka stopni ostrości, która jest dla mnie kompletnie niewyczuwalna (to chyba kwestia indywidualna, niektórzy znajomi twierdzą, że dania z Hindusa jest bardzo ostre). Na szczęście porcje można doprawić. Jedzenie jest bez zarzutu, ryż się nie klei, mięso jest smaczne, a porcje spore (do wybory mniejsza i większa, przy czym mniejszą i tak można się najeść). Ceny także są bardzo przystepne, w zależności od wielkości porcji i rodzaju potrawy, to przedział około 10 -16 zł.

fot. wierny czytelnik Maciej 

Kolejny foodtruck, to stojący obok Hindusa Pizza Muffin, serwujący (jak nie trudno się domyślić) włoski specjał na cienkim cieście. Da się wpakować do czterech kółek piec opalany drewnem? A pewnie, że się da! Jeśli z tego pieca wylatuje pizza, która zawstydziłaby każdą pizzerię jaką mam na osiedlu, a do tego kosztuje od 5 do 24 złotych, to ciężko się nie skusić. Składniki są bardzo dobrej jakości, do tego Muffin oferuje kilka opcji wegetariańskich/wegańskich.

Ciąg dalszy (kiedyś) nastąpi...



The Breakfast Club / Bułkę przez Bibułkę


Bułki w Warszawie są trzy. Nadgryzłam już dwie, a na blogu ląduje dziś ta z Puławskiej 24. Oczywiście w planach są także wpisy o pozostałych lokalach.

Idealnie miękkie awokado, jaja na miękko, pyszna sałatka i chrupiące pieczywo
Niedziela w stolicy przywitała mnie piękną pogodą - aż chciało się zjeść śniadanie na mieście w jakimś uroczym lokalu. Padło na tę z Bułek, której wcześniej nie miałam okazji odwiedzić. Lokal na Puławskiej jest raczej kameralny - w zasadzie to długa lada, kilka stolików w środku i na zewnątrz. Wnętrze przytulne, proste i bezpretensjonalne: surowe cegły ocieplają kwiaty na stołach, rustykalne półki, urocze krzesła. Klimat jak w Paryżu, bez ruszania się na lotnisko :)

Hummuburak, czyli bajgiel na złoty medal
Dzisiaj zacznę od przysłowiowej łyżki dziegciu w beczce miodu, a właściwie to od dwóch małych łyżek. Nie jestem germofobką, ale opiekacz znajdujący się w lokalu osiągnął już ten stan, w którym należało mu się bliskie spotkanie z myjką. Ja wiem, że to jest sadza i nie grozi mi zatrucie pokarmowe, ale podejrzewam, że spora część klientów zwraca uwagę na takie rzeczy. Drugim zgrzytem była dziwna atmosfera jaka panowała wśród obsługi. Od początku istnienia tego bloga nie czepiałam się podobnych pierdół, bo nie uważam by zadaniem kelnera było żonglowanie pomarańczami i zabawianie klientów żartami. Z drugiej strony potrawy podawano nam w milczeniu nie odwzajemniając uśmiechów, obsługa odzywała się do siebie nerwowym tonem, a osoba czyszcząca ekspres wyglądała wręcz wrogo, co nie jest moją fanaberią, ale także odczuciem towarzyszących mi koleżanek. Może to nie był dobry dzień, może ktoś nie wygrał w lotto lub zerwał z chłopakiem - a trochę szkoda, bo dla odmiany w Bułce na Zgody było przesympatycznie. Ogólne wrażenie z wypadu do lokalu na Puławskiej było jednak pozytywnie, a to za sprawą specjałów, które wylądowały na naszym stole. O tym w następnym akapicie:)

Pani omlet nie pozostała w tyle
Bułki to lokale w których śniadania dostaniecie przez cały dzień. Menu zachęca smakowitymi zestawami w przedziałach cenowych 12 - 17 zł, a w nich jajecznica z dodatkami, sadzone jaja z boczkiem lub na miękko z awokado, łososiem, sałatką i bagietką, granola z bakaliami, czy słodki zestaw z croissantem bardziej francuski niż wieża Eiffla. Dostępne są też omlety (13 zł) wege lub z szynką - puszyste, spore i smakowite. Dalej mamy kanapki (m.in. brie, gorgonzola i karmelizowana gruszka, albo grillowane warzywa z mozzarellą) oraz bajgle (jajo + boczek i dodatki, wędzony łosoś lub jajo z hummusem i karmelizowanym burakiem). Palce lizać!
Na mniejszy głód pozostają jeszcze lekkie sałatki. Wyjątkowo smakowały nam przepyszne koktajle i kawa (do której można dostać różne rodzaje mleka). Z każdym kęsem zapominałyśmy o ciężkiej atmosferze na początku. Na deser nie starczyło już miejsca w żołądkach - Bułkowobibułkowe śniadania są bardzo sycące.
Za zdjęcia tradycyjnie już dziękuję Dogmie

I have a vision of the Orient... / Miss Kimchi


Miss Kimchi...Miss Kichmi... Coś wam to mówi? Jeśli przyszedł wam do głowy jedynie uczestnik ósmego sezonu RuPaul's Drag Race, to najwyraźniej nie zaliczyliście jeszcze stołecznego lokalu ze wspaniałą, koreańską kuchnią.
Adres: Żelazna 58/62. Miejsce raczej nie zapadające w pamięć (nasuwa się klasyk "Z twarzy podobny zupełnie do nikogo"), dlatego też darowałam sobie we wpisie umieszczanie zdjęć lokalu. Ostatecznie to nie wnętrze ma tutaj grać pierwsze skrzypce, a orientalne smaki. A te zafundowały nam prawdziwą symfonię doznań. 
Na tablicy wypisane dostępne dania, przy czym menu zmienia się dosyć regularnie. Zawsze jest w nim jakaś zupa (nam trafił się przepyszny wegetariański udon), bibimbap, dania mięsne i wege, oraz mnogość banchanów, czyli małych przekąsek. 
Do boxów z głównym daniem można (a nawet trzeba) dobrać sobie przystawki - i tutaj dopadła nas prawdziwa klęska urodzaju. Na szczęście miła i uśmiechnięta obsługa chętnie objaśni z czym mamy do czynienia i jaki jest stopień ostrości. 

udon po raz trzeci!
Nie mogę się do niczego przyczepić, bo pyszności fundowane w Miss Kimchi totalnie mnie uwiodły. Od pikantnych kiszonek, poprzez obłędne kluski, aromatyczne tofu, na smakowitych zupach kończąc. Ceny uważam za bardzo przystępne, zwłaszcza że jedzenie jest pyszne, a porcje uczciwe.
Za wszystkie zdjęcia dziękuję Dogmie - dla odmiany nie wyglądają jak zrobione żelazkiem :)

Nowe miejsce / Emalia


Zabłocie ma dwie Emalie, które warto odwiedzić, a jedną z nich wręcz trzeba. Ta obowiązkowa to oczywiście dawna fabryka naczyń "Emalia", wydzierżawiona przez Oskara Schindlera, w budynkach której znajdują się obecnie Muzeum Sztuki Współczesnej i oddział Muzeum Historycznego: Fabryka Schindlera. Druga Emalia pojawiła się w bliskim sąsiedztwie, na ulicy Romanowicza 5.
Industrialne, nieco sterylne wnętrze lokalu przełamują kafelki w żywym odcieniu czerwieni, wygodne turkusowe sofy i emaliowane naczynia zwisające z sufitu w charakterze kloszy do lamp. W środku jest jasno, przestronnie i raczej spokojnie - Emalia to idealne miejsce na śniadanie i plotki z przyjaciółmi, albo lekturę gazety przy kawie. Na zewnątrz czeka na was  jeszcze  stoisko z lodami.

Arbuzowa cenzura w trosce o prywatność pani, która znalazła się przypadkiem na zdjęciu
Menu raczej niczym was nie zaskoczy, są tam głównie pozycje znane i lubiane. W ofercie między innymi śniadania w przystępnych cenach (9-21 zł): bagietki, granola, jajecznica - oczywiście uwzględniono potrzeby klientów wegetarian. Opcją śniadaniową mogą być też tosty (w trzech odsłonach, 8-14 zł) lub piętrowy sandwich (wege 18 zł, szynka 21 zł). Przystawki to tatar z łososia, grillowany ser, wege "carpaccio", krewetki i hummus (13-23 zł). Do tego dwie zupy, raptem cztery dania główne (rolada z kurczaka, stek, kaczka i wege risotto - także w całkiem przystępnych cenach). Do wyboru mamy jeszcze pięć makaronów (19-25 zł), cztery burgery (w tym jeden wege, 19-27 zł) oraz sałatki (19-28 zł). 
Chociaż postawiono na bezpieczne i dosyć popularne dania, które można dostać prawie wszędzie, Emalia jest w stanie przyciągnąć do siebie klientów. Przede wszystkim porcje są przyzwoitej wielkości i smaczne, a ceny w porównaniu do podobnych lokali bywają nawet nieznacznie niższe. W tygodniu za 17 złotych można dostać lunch (zupa + drugie danie), także dostępny w wersji mięsnej i wege. W weekendy również pojawiają się nowości (informacje znajdziecie zawsze na fanpejdżu Emalii).
Przyjemności nie kończą się na wyżej wymienionych. Za szklaną witryną znajdziecie domowe ciasta, a napić możecie się smacznej kawy, koktajli czy lemoniady. Była to dopiero moja druga wizyta, ale na plus mogę też zaliczyć obsługę - uprzejmą, uśmiechniętą, nie robiącą problemów gdy poprosiłam o mniej słodką lemoniadę.
Emalia na krakowskiej mapie pojawiła się raptem miesiąc temu i jestem ciekawa, jak potoczą się jej dalsze losy. Trzymam kciuki!

Niech żyje BAAAAAL...na Zabłociu


Krakowskie Zabłocie przeszło w ostatnich latach metamorfozę niczym z bajki o brzydkim kaczątku: od pofabrycznej, burej przestrzeni, do jednej z najgorętszych lokalizacji Krakowa - tętniącej życiem, pełnej loftów, muzeów i restauracji. BAL, bohater dzisiejszego wpisu, jest większości czytelników pewnie dobrze znany. Surowa pofabryczna hala zyskała nowe życie jako lokal o dosyć ascetycznym, industrialnym wnętrzu. Nazwa zobowiązuje, a więc w BALu dzieje się dużo - imprezy, pokazy filmów, pikniki, wystawy, koncerty...
Paradoksalnie, Bal to także idealne miejsce do zrelaksowania się i pomedytowania nad kubkiem aromatycznej kawy i bajglem. Rano jest tam zazwyczaj bardzo spokojnie, muzyka nie doprowadza do szału, okolica też na szczęście nie należy do zbyt głośnych. Jeśli nie skusi was lunch (codziennie w wersji wege i mięsnej), to w karcie znajdziecie sporo pyszności. Od kanapek, bajgli (10-28 zł), poprzez tosty (12-14 zł), makarony , sałatki, weekendowe brunche i (celowo zostawiłam na koniec) śniadania. Te ostatnie dostępne są także w formie zestawów (20 zł, taniej wychodzi wersja dla dwojga z herbatą/kawą), ale możecie skusić się na samą owsiankę, szakszukę, omlet, czy croissanta. Poza tym do wyboru pyszne kawy, koktajle, herbaty, yerbaty i inne johny lemony.
A na koniec informacja, która ucieszy rodziców małych dzieci: w BALu jest przeznaczona dla nich strefa z zabawkami.

Wyjątkowo nie mam żadnego zdjęcia jedzenia poza szakszuką, bo wszystko zniknęło z talerzy zanim zorientowałam się, że wypadałoby tak może udokumentować przed konsumcją

Na dobrą KARMĘ zawsze się wraca


Wegańsko, bezglutenowo, fair-trade...Jest taki gatunek osób, które słysząc powyższe słowa przewracają oczami, wizualizując sobie snobistyczny lokal, espresso za trzydzieści złotych i rząd Macbooków Air1 na stolikach. Nic z tych rzeczy drodzy państwo! Na Krupniczej 12 jest pysznie, niedrogo, a przede wszystkim bezpretensjonalnie.

Wielki puchaty omlet z kukurydzą, jajami i salsą pomidorową - ciężko go zjeść w pojedynkę
Własny chleb, jaja od kur z wolnego wybiegu, własnoręcznie palona kawa o cudownym aromacie, codziennie inne, zdrowe pozycje: tarty, ciasta, śniadania, lunche - a wszystko w rozsądnych jak na centrum Krakowa cenach.

Po tym deserze nie zostały nawet okruszki
Kawie należy się zresztą osobny akapit. Własny piec i palarnia, jeden z najlepszych ekspresów, starannie wyselekcjonowane ziarna, a do tego kompetentna ekipa za barem czynią Karmę jednym z najatrakcyjniejszych miejsc dla miłośników tego napoju.

Zupa soczewicowa po której ciężko już zmieścić kolejne danie
Sam lokal jest niewielki, ale jasny i ładnie urządzony. A że znajduje się w pobliżu kompleksu Dolne Młyny, więc macie idealny pretekst żeby wpaść na pyszną kawę lub wege obiad przed imprezą.



1. Nie mam żadnego problemu ze sprzętem z jabłuszkiem, ale w niektórych kręgach cieszy się on niezasłużoną złą sławą na równi z dżinsami rurkami, pieczywem bezglutenowym, wojną i dżumą.