Boscaiola jest... boska!

grudnia 03, 2016 KochamJesc 0 Comments


Boscaiola Pizzeria Ristorante to młodsza siostra uwielbianej i wychwalanej Trattorii Mamma Mia, co już samo w sobie powinno być rekomendacją. Nie zaskoczę też nikogo pisząc, że Boscaiola nie pozostaje w tyle za trattorią z Karmelickiej.
Restauracja jest przytulna i elegancka. Sporo w niej zieleni i uroczych dodatków: szafy z winami, sztukaterie, ładne posadzki. Miejsce już w sam raz na randkę czy biznesowy lunch, ale jeszcze nie tak sztywne, żeby wkładać buty od Blahnika i jeść tam kolację z Patrickiem Batemanem. Poza zazwyczaj zatłoczonym i dosyć gwarnym parterem, dostępna jest śliczna i obszerna piwnica, a w lecie ogródek. 
Lokal cieszy się dużą popularnością, więc wpadanie bez rezerwacji w godzinach szczytu nie jest dobrym pomysłem - chociaż do tej pory zawsze udawało mi się dostać stolik dla dwojga. Mimo sporej liczby klientów, na szczęście w środku panuje względny spokój i nie trzeba się przekrzykiwać przez muzykę i głośne dyskusje. Obsługa jest uprzejma i zainteresowana gośćmi. 
Już po przekroczeniu progu w nozdrza uderza cudowny aromat przypraw i świeżej pizzy. Tą ostatnią wręcz trzeba wypróbować. Boscaiola serwuje (chyba nikogo to nie zdziwi) typowo włoską odmianę na cienkim cieście, wypiekaną w jednym rozmiarze. W menu 16 rodzajów (plus sezonówki), starannie dobrane i smaczne składniki, ale też raczej klasyka, niż zaskakujące połączenia. Dostepnych jest sporo smakowitych przystawek: talerze serów i włoskich wędlin, bruschetta, focaccia na trzy sposoby, tarta z borowikami, carpaccio czy tatar z marynowanego łososia (ten ostatni był testowany i zdał egzamin na piątkę).
Makarony są oczywiście własnej produkcji , a wśród 15 pozycji między innymi carbonara, gnocchi z gorgonzolą, papardelle alla Boscaiola (wstyd nie spróbować), czy wspaniałe pasty z owocami morza. Czarne spaghetti w sosie smietanowo-porowym z małżami, krewetkami, kalmarami i  czosnkiem ma szczególne miejsce w moim sercu i żołądku. Zup zazwyczaj nie ma w karcie wiele do wyboru, są to są w bardzo dobrych cenach. To samo można powiedzieć o owocach morza, które nie przekraczają kwoty 42 złotych za najdroższą potrawę, a w przeciwieństwie do niektórych restauracji, nie serwuje się je w formie porcji dla wróbli. Dla mięsożerców kaczka, polędwica wołowa, cielęcina w sosie borowikowym i pierś z kurczaka w sosie szałwiowo-maślanym, znów w cenach, które nie rujnują (32-51 zł). Risotto dostępne niestety tylko w dwóch wariantach, ale za to obłędne. A na koniec desery - pana cotta, fondant (absolutny faworyt), tiramisu, tarta, lody, sernik - nic nie przekracza 15 złotych. Win i innych napojów z procentami i bez także nie brakuje.
Ciężko mi szukać na siłę minusów, bo do tej pory podczas moich odwiedzin nie trafiła się żadna wpadka. Lokal jest ładny, obsługa dobrze wyszkolona, a kuchnia na poziomie i za rozsądne pieniądze. Warto tylko pamiętać o zrobieniu wcześniej rezerwacji. 

0 komentarze:

INDIVIDUAL: coffee & friends / New York state of mind

listopada 27, 2016 KochamJesc 0 Comments


Zabytkowy Browar Lubicz to obok Dolnych Młynów kolejne, pierwotnie zaniedbane miejsce, które zyskało nowe życie dzięki rewitalizacji. Biura, ekskluzywne apartamenty, restauracja, kafejka, sklepy - a to wszystko w pięknych XIX-wiecznych pofabrycznych budynkach. Chociaż Browar od Rynku dzieli około 800 metrów, można odnieść wrażenie, że wylądowało się w zupełnie innym mieście, albo i zupełnie innym kraju. Pod numerem 17 mieści się kawiarnia Individual, która z powodzeniem mogłaby zagrać nowojorski lokal odwiedzany przez Carrie Bradshaw i jej paczkę.
Projektant, który odpowiadał za wystrój Cafe Individual najwyraźniej napadł na jakiś modny sklep wnętrzarski i wyszedł z czymś się tylko dało. Efektem tego jest masa cieszący oczy ładnych drobiazgów - zieleń w ładnych doniczkach, oświetlenie w industrialnym stylu, śliczne wazony i naczynia, na których serwowane są dania. Wnętrze nie jest zbyt obszerne, ale jasne i przytulne: ściany obowiązkowo z białych cegieł, a większość lokalu przeszkolona. Mimo, że prawie wszystkie stoliki były zajęte, to panowała dosyć intymna atmosfera, a w lokalu nie było głośno.



A co w ofercie? Dużo pyszności, ale raczej dla osób celujących w coś lżejszego lub słodkie co nieco. Kanapki w cenach jak w każdym Buczku czy Awiteksie (4-6 zł), lecz nieporównywalnie smaczniejsze. Dostępne w wersji mięsnej i bezmięsnej, na ciepło i na zimno. Poza kanapkami można dostać smaczne jogurty z granolą (8 zł), tarty i różne słodkości: torty, bezy, babeczki owocowe, kremówki, rurki z kremem, ptysie. Wszystko świeże i pyszne, a do tego w całkiem niezłych cenach jak na ścisłe centrum.
Do picia sporo napojów bezalkoholowych: herbata, lemoniady, świeżo wyciskane soki i smoothies, kawa na kilka sposobów - w tym także na zimno oraz w jesiennych wersjach (np. pomarańcza w czekoladzie). Oczywiście poza tym, że kawa jest pyszna, to panie baristki wyczarowują na niej różne cudne wzroki. Za niespełna 20 zł zafundowałam sobie zestaw śniadaniowy: małą latte, kanapkę na zimno z serem, warzywami i pesto, doskonałego ptysia w mlecznej czekoladzie i godzinę plotek z koleżankami w bardzo miłej atmosferze. Mogę jeszcze dorzucić, że obsługa jest bez zarzutu. Spragnionym informacji o promocjach i nowościach polecam dodać stronę na fejsie do ulubionych.

0 komentarze:

Parostatkiem w gastro-rejs... / Barka Augusta

listopada 05, 2016 KochamJesc 0 Comments

-Ma pan bilet?
-Skąd! A pan ma?
-A skąd mam mieć.
-No. To wchodzimy.

W tak pięknych okolicznościach przyrody i ja postanowiłam wejść i coś zjeść na Barce Augusta. Biletu nie miałam, a właściwie
to nie biletu, a rezerwacji w ramach Restaurant Week. Nie zaszkodziło się jednak przekonać, czy rekomendowana w ramach tegorocznego festiwalu restauracja na wodzie jest warta zachodu.

Zacumowana przy Bulwarze Kurlandzkim Augusta została zbudowana 
na kadłubie blisko sześćdziesięcioletniej barki. Lifting był bardzo udany, Augusta trzyma się tak dobrze jak Sophia Loren, albo JLo. Nowoczesny charakter nadają minimalistyczne wykończenie z drewna i aluminium oraz zadaszona oranżeria na górnym pokładzie. Jest w tym pewna nuta retro: wiklinowe fotele, kraciaste obrusy na dolnym pokładzie, ceglane ściany. W damskiej ubikacji nikt nie napisał "GŁUPI KO-wiec", restauracja jest jasna, przestronna i ładna. Na dole znajduje się spory kącik z zabawkami wydzielony dla najmłodszych gości. Lokal jest przystosowany dla potrzeb osób niepełnosprawnych. Ma klimatyzację i tarasy. Do tego z barki roztacza się ładny widok na Wisłę, Podgórze i kładkę Ojca Bernatka. Czego chcieć więcej?

Parafrazując klasyk z "Rejsu": może być wstrętna
 prawda i piękny fałsz, tak? No a jedzenie, to jest, yyy... wartość niezależna. A na Auguście wylądowałam testować jedzenie, a nie dla pięknych widoków (no może trochę też dla tych ostatnich).
Trzech panów odpowiada za to, żeby goście wychodzili z lokalu zadowoleni. Zimowo-jesienne menu to dzieło doświadczonego szefa kuchni Jacka Krzyżostanka, pizza to działka Sebastiana Masełko, a za barem drinki wyczarowuje Dawid Pikul.
Przedział cenowy oferowanych dań to 12 zł (zupy) do 54 zł (stek z polędwicy wołowej) - Augusta nie odstaje więc od innych krakowskich restauracji, a nawet niektóra dania są tańsze niż w podobnych lokalach. Kartę otwierają przystawki (15-33 zł): spora ilość pyszności, które na pewno wspomogą pracę waszych ślinianek - m.in. rotondi z pieczoną gęsią i sosem kurkowym, carpaccio wołowe z kaparami, krewetki duszone w białym winie, talerze wędlin i serów włoskich dla dwojga, czy crostini z tapenadą, marynowanymi krewetkami i grana padano (na zdjęciu). 


Wśród makaronów (21-29 zł) króluje włoska klasyka: strozzapreti z salsiccią, lasagnia z sosem bolońskim, fusili z pesto czy pyszne tagliolini z krewetkami i warzywami w sosie maślano - winnym to tylko niektóre z oferowanych pozycji. Zupy są tylko trzy, za to pyszna pizza aż w 17 odmianach - począwszy od focacci (9 zł), poprzez pizzę na słodko (nutella, owoce, śmietana, 21 zł), czy szereg typowo włoskich smaków (Parma, Margherita, Prosciutto). W karcie znajdziecie także cztery sałatki, choć wegetarian pewnie nie ucieszy wiadomość, że tylko jedna z nich jest bezmięsna. Dania główne także nie nadają się dla jaroszy. Pierś z gęsi z czarną soczewicą, filet z okonia morskiego z puree i sosem szafranowym na bazie prosecco, gnocchi z polędwicą wołową czy policzki wołowe duszone w czerwonym winie na pewno zasmakują osobom nie stroniącym od mięsa. Porcje są przyzwoite, a potrawy cieszą też oczy estetyką. Desery niestety tylko trzy, za to bardzo smaczne. Na mój stolik trafił zapiekany mus czekoladowy z różowym pieprzem, posypany pudrem z białej czekolady i czarnej porzeczki, z gałką lodów (a to wszystko w cenie 16 zł i podane na fantazyjnej, granitowej tacce). 


Karta win i drinków jest bardzo obszerna i dobrze opisana - nie miałam jednak przyjemności w tamten weekend niczego z niej wypróbować, bo alkohole przegrały w chłodny dzień z herbatą. Co jeszcze na plus? Miła, szybka (przynajmniej tego dnia) i nienachalna obsługa, muzyka która nie zagłuszała moich myśli i widok na leniwie płynącą Wisłę. W oranżerii jest ciepło i wygodnie, więc nawet w najpaskudniejszy dzień można się tam rozsiąść nad gorącą kawą i zjeść coś pysznego. Więcej informacji o daniach i cenach znajdziecie na stronie restauracji i fejsbuku.

0 komentarze:

Panie, Panowie - podano do SToŁu

października 30, 2016 KochamJesc 1 Comments



Restaurant Week okazał się być wspaniałą okazją do nadrobienia części kulinarnych zaległości. Dotarłam do restauracji młodziutkiej (pojawiła się w tym roku), która zdążyła już zdobyć pewien rozgłos i dobrą opinię wśród moich znajomych - a mianowicie do SToŁu na ulicy św. Anny 4.
STóŁ zajmuje pomieszczenia po (swoją drogą bardzo fajnym) De Dorszu. Z oryginalnego wnętrza pozostały białe płytki na ścianie i industrialne lampy. Pojawiły się wygodne kanapy w morskim kolorze, proste stoliki i czarny sufit, czyli stylistyczne skrzyżowanie Zenitu i Nolio. Polecam uwadze łazienkę z kafelkami udającymi płytę pilśniową.
Po zajęciu miejsca i zamówieniu napojów (w karcie jest moja ulubiona różana lemoniada Fentimans <3) pozostało tylko czekać na festiwalowe menu, dzieło szefa kuchni Mariusza Szybowskiego. Obsługa zrobiła na mnie i moim partnerze świetne wrażenie. Niestety nie znam imienia kelnerki z małym tatuażem-ołówkiem, ale była tym typem osoby, której uśmiechu nie sposób było nie odwzajemnić; poza tym dobrze orientowała się co jest serwowane i chętnie opowiedziała nam o samym lokalu i promocjach.
Bardzo szybko na naszym stoliku pojawiły się przystawki: sandacz z sosem rakowym, waflem i mchem. Jak na przekąskę, porcja była dosyć treściwa i w moim odczuciu także najlepszym oferowanym przysmakiem z zestawu (dlatego cieszę się, że podobne danie główne znajduje się w menu). Ryba mięciutka i bez ości, sos to kulinarna poezja, chrupiący wafel cudownie nim nasiąkał. 
Jako główne danie zaserwowano nam przepiórkę, gołąbki z kapusty włoskiej z sosem z maślaków i kaszą mazurską. Mój jadłospis raczej nie obfituje w drób ani czerwone mięso - raz, że staram się częściej jadać potrawy wegetariańskie, dwa - nie lubię rachitycznych kurczaków faszerowanych antybiotykami i żylastej wołowiny. Jeśli decyduję się na danie mięsne, to muszę mieć gwarancję, że będzie smakowało wyśmienicie. Na szczęście STóŁ mnie nie zawiódł pod tym względem: przepiórka była delikatna i smaczna. Danie niby należy do tradycyjnej polskiej kuchni, ale kucharze SToŁu postarali się, żeby nie miało nic wspólnego z przaśnymi obiadami z przydrożnych zajazdów serwujących powyższą.
Na koniec wjechał ciekawy deser: podane na ciepło kasztany w kajmaku z konfiturą. Porcja na pierwszy rzut oka skromniutka, ale bardzo sycąca.
Po pochłonięciu festiwalowego zestawu nie byłam już w stanie niczego zamówić, ale zajrzałam jeszcze do karty. Dania mięsne są w bardzo dobrych cenach (stek z polędwicy wołowej za 59 zł to połowa kwoty jaką trzeba zapłacić w niektórych pobliskich lokalach). Codziennie za 21 zł dostaniecie dwudaniowy lunch, a oferowane zestawy wyglądają co najmniej zachęcająco. Poza tym na facebookowym fanpejdżu regularnie pojawiają się informacje o promocjach, a tych jest niemało: dwie karafki wina w cenie jednej, dwie porcje krewetek z chorizo w cenie jednej, burger 30% taniej itd.
Urzekła mnie miła i kompetentna obsługa, tempo podawania dań (choć to akurat mogło mieć związek z małym ruchem tego popołudnia), dobra kuchnia za rozsądną cenę i estetyka potraw. Kolejne odwiedziny na pewno nastąpią wkrótce.

1 komentarze:

Śniadanko numer jeden w ... Kolanko Nº 6

października 25, 2016 KochamJesc 0 Comments


Kolanko Nº 6 to istniejąca od 2002 roku restauracja i kawiarnia na krakowskim Kazimierzu. Ja istnieję ponad dwa razy dłużej, a mimo to nie dotarłam tam ani razu, chociaż wiele słyszałam dobrego o tym lokalu. To trochę tak, jakby rodowity Krakus nie wybrał się na Wawel. W ubiegły weekend udało mi się wreszcie zaliczyć pierwszą kolankową wizytę.

Za pokrytym bluszczem wejściem kryje się zadziwiająco jasne i ładne wnętrze. Lokal jest przytulny i przestronny. Trochę w nim kolonialnych bibelotów, trochę retro grafik, dużo drewna. Wewnątrz znajdziecie także ładny ogródek, Akurat trafiła mi się w dniu wizyty piękna pogoda, więc mogłam podziwiać zieleń i leniwie sączące się przez szybę promienie jesiennego słońca. Karta dań stylistyką przypomina Ilustrowany Kuryer Codzienny. Ponieważ po Unsoundowym balowaniu wstałam z łóżka dosyć późno, więc odpadło mi słynne śniadanie w formie bufetu (22 zł), serwowane codziennie od 8 do 12. Lunch (19 zł za zupę, danie główne i kompot) był z kolei dostępny tylko w tygodniu, pozostało mi więc wczytać się w menu.

Pozycji jest sporo i to dosyć ciekawych - taka kulinarna wyprawa po wszystkich kontynentach. Na mały głód dosyć egzotyczne przekąski w cenach od 11 do 16 zł (mutabal, omułki, Indonezyjski satay, szakszuka oraz grzanki z kozim serem, suszonymi pomidorami i rukolą). Dalej sałatki:  z pieczonymi buraczkami, zapiekanym kozim serem, truskawkami; tabbouleh; z czerwonych grejpfrutów, pomarańczy, pikantnej czerwonej soczewicy; oraz z grillowanym kurczakiem i bekonem - ceny nie przekraczające 21 złotych. Kolejne są zupy (Tom Kha, meksykańska chilli, krem dyniowy, krem z pomidorów, zupa dnia) i gorące kanapki z chrupiącej ciabatty (15 zł, dostępne trzy rodzaje). Wśród dań głównych znalazło się tajskie curry (do wyboru z kurczakiem, krewetkami lub warzywami), musaka, peposo, halibut duszony w winie i maśle z warzywami, pieczone żeberka wieprzowe i pierś z kaczki. Ceny wciąż nie najgorsze, od 24 do 32 zł. Naleśniki słodkie (15 zł) i słone (19 zł) dostaniecie na pierdylion sposobów: chińskie, meksykańskie, indyjskie, a la Carbonara, ruskie, z trzema serami, budyniami, kaszką manną, sosem toffi, jabłkami z cynamonem... i tak wymieniać można bez końca. Na nieszczęście, naleśniki to jedna z tych niewielu potraw za którymi nie przepadam i jem tylko, gdy jestem nimi częstowana, więc tym razem odpadły. Poza tym w menu znalazły się desery, a konkretnie cztery rodzaje, każdy po 12 zł. Fantastycznie wygląda część z napojami: gorąca czekolada na 9 sposobów, kakao, owocowe koktajle i smoothies, duży wybór herbat, 20 rodzajów kaw (także z procentami), domowe lemoniady i świeżo wyciskane soki, sporo butelkowych piw, cydry, wina, grzańce, drinki bezalkoholowe i alkoholowe, wódki.
 

Do wypróbowania poszły gorąca ciabatta z grillowaną cukinią i papryką, serem feta, paprykowo-bakłażanową pastą ajvar i sosem jogurtowo-miętowym i sałatą; curry z krewetkami, a na deser ciasto czekoladowe na ciepło z sosem z malin, jagód i porzeczek. Kanapka była bombą - chrupiące, świeże pieczywo, przepyszne pikantne nadzienie z gorącym bakłażanem i łagodzący doznania chłodny sos jogurtowy. Dwa kawałki pieczywa uznałam za całkiem sycące. Curry bardzo smaczne: aromatyczne, intensywne, dobrze doprawione (wręcz przeprawione), jedynie ryż był bez szału i lekko sklejony, chociaż nie zepsuło to smaku całej potrawy. Ciasto czekoladowe podano bardziej na letnio niż ciepło, ale mi smakowało - było kruche, słodkie, w doborowym towarzystwie owocowego sosu i bitej śmietany i szybko zniknęło z talerza.
 

Obsługa była uprzejma, ale sprawiała wrażenie lekko rozkojarzonej. Nie wiem, czy to kwestia ilości ludzi w lokalu w niedzielne popołudnie, ale panie nie podchodziły zbyt często do naszego stolika, albo trafiły się drobne wpadki (np. brak łyżki). Miło za to, że rozdzielono nam rachunek bez wcześniejszego informowania. Ostatnio odnoszę wrażenie, że personel w niektórych miejscach prędzej udowodni istnienie bozonu Higgsa, niż ogarnie dzielenie, a tymczasem w Kolanku nie było z tym problemu.
Ja na Józefa 17 na pewno jeszcze kilka razy wrócę, wam także polecam. A w międzyczasie można zajrzeć na fejsa lub kolankową stronę.

0 komentarze:

Nie oceniaj książki po okładce, a restauracji po adresie /

Spaghetteria na Ruczaju

października 16, 2016 KochamJesc 0 Comments


Zapewne większość moich znajomych zgodziłaby się ze stwierdzeniem, że im dalej od centrum miasta, tym gorsze lokale gastronomiczne. Oczywiście lokalizacja w ścisłym centrum nie gwarantuje rekomendacji Michelin, niemniej osiedlowe knajpki często straszą wystrojem i przeciętną kuchnią. W tej części Krakowa, w której mieszkam, jedzenie na dowóz jest tak przeciętne, że czasem aż wolę coś ugotować :D

Na szczęście trafiają się wyjątki od reguły. I takim wyjątkiem jest między innymi Spaghetteria na Ruczaju. Bistro mieści się na ulicy Kobierzyńskiej, w tej części osiedla, która nie przypomina jeszcze labiryntu Minotaura. Nowoczesny budynek, taki w sumie klocek, stoi nieopodal skrzyżowania, pomiędzy stacją benzynową, a placem budowy. Okolica raczej nie zwiastuje cudów, a tymczasem czekało mnie miłe zaskoczenie. Za ogrodzeniem w lecie rozkładany jest spory ogródek. Jasny, przeszklony lokal ma ładne, nowoczesne wnętrze w stylu loftu: podłoga w szachownicę, dużo zieleni, zwisające jak liany żarówki, stonowane kolory i wygodne kanapy. Na pewno dużym plusem są metalowe półki z roślinami, które odseparowują stoliki zapewniając jakąś dozę intymności. W lokalu znajduje się wydzielony kącik dla dzieci: kolorowe pufy, stolik z przyborami do  rysowania, telewizor  zawieszony na tyle wysoko, żeby kilkulatkom wygodnie oglądało się filmy animowane, bez możliwości majstrowania przy sprzęcie. Pomysł świetny, a jednak niewiele restauracji decyduje się na podobne rozwiązania. Są jeszcze smaczki w postaci ładnych kart, ciekawych (zapewne według niektórych osób udziwnionych) talerzy itd.
 

Obsługa Spaghetterii jest miła i dobrze wyszkolona. Czas oczekiwania na posiłki raczej rozsądny, pod warunkiem, że w restauracji i ogródku nie ma akurat tłumów. W menu wszystko to, co powinno się znaleźć we włoskiej knajpce: pizza na własnej roboty zakwasie z włoską mozzarellą i ręcznie robione makarony. Ta pierwsza dostępna w 17 rodzajach, także w wersji dietetycznej na cieście z mąki orkiszowej (opcja tylko na dowóz). Serce i żołądek cieszą wysokiej jakości składniki: oliwa truflowa, pancetta, leśne grzyby, faktycznie dobre owoce morza, gorgonzola DOP; podczas gdy w pizzeriach na moich osiedlu mogę liczyć na blok serowy i zmizerniałe pieczarki, a za egzotykę uchodzą już kapary i krewetki. Pizza dostępna jest w dwóch rozmiarach, przedział cenowy to 19-29 zł, a do tego można zamówić ją na dowóz. Makarony też nie odbiegają jakościowo: mamy do wyboru prawie 25 potraw, wliczając w to ravioli i makarony zapiekane w piecu. Spore porcje nie uderzą was raczej po kieszeni - wszystkie pasty są w przedziale cenowym 14 - 31 zł. Do wypróbowania głównie klasyki (aglio e olio, carbonara, bolognese, porcini), chociaż karta zaskakuje kilkoma pozycjami. I tutaj nie można przyczepić się do składników i jakości. Poza tym lokal oferuje trzy przystawki (bruschetta, tatar z macerowanego łososia, carpaccio), zupy, sałatki, dania główne (smaczny stek w dobrej cenie, pierś kurczaka faszerowana prażonymi migdałami i pomidorami, grillowany łosoś, żeberka w piwie, polędwiczka wieprzowa grillowana) i kilka rodzajów burgerów. W menu znalazło się tez miejsce na trzy desery i pozycje dla dzieci. Napojów szczególnie udziwnionych próżno szukać, ale w karcie jest wszystko co powinno być w tego typu lokalu: kawy, herbaty, kilka koktajli alkoholowych, wina, likiery, whisky, giny i napoje zimne bez procentów. Warto pojawić się w restauracji w tygodniu między godziną 12 a 17, bo wtedy serwowane są zestawy lunchowe w cenie 19 zł. Spaghetteria oferuje także dania sezonowe. W tym miesiącu króluje dynia, którą można dostać między innymi w postaci pysznego kremu z melonem. Oprócz zupy w karcie zawitała też pizza z boczniakami. Aby być na bieżąco z nowościami warto zaglądać na facebook.

 

Podsumowując, nie trzeba wybierać się do Rynku lub na Kazimierz aby wylądować w ładnym miejscu i zjeść pyszny posiłek. Mam nadzieję, że lokale na podobnym poziomie nie będą rzadkością na innych krakowskich osiedlach, gdzie prąd zawraca na liniach, a psy szczekają d**i :)

0 komentarze:

Międzymiastowa / Zagubiona autostrada ?

września 07, 2016 KochamJesc 2 Comments


Z tymi Tytoniami jest trochę jak z trawą w odcinku Family Guy: spuścisz z oka na sekundę i zaraz coś nowego wyrasta pod nosem. Tym razem wyrosła restauracja Międzymiastowa. Miejsce pozornie skazane na sukces. Świetna lokalizacja. Piękne wnętrze. W tygodniu śniadania za złotówkę. Młoda, pełna energii ekipa. Kelnerki to chyba niedoszłe finalistki Tap Madl. Za barem Andrzej Bańdo - nie wiem, czy ma on więcej dziar, czy lat doświadczenia jako barman, ale jednego i drugiego jest sporo. Powinien być miód, cymes, fajerwerki. Co więc poszło nie tak?
 

W trosce o swoje zdrowie psychiczne i fizycznie nie udałam się na otwarcie restauracji, ale odczekałam kilka dni z odwiedzinami. Razem z kilkoma najbliższymi koleżankami wybrałyśmy się na wczesną kolację. Mimo oblężenia znalazł się dla nas stolik. Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne. Lokal jest przestronny, jasny, mnóstwo w nim zieleni przełamującej industrialne wnętrze. Wewnątrz zgiełk, taka jest niestety cena popularności.
 

Międzymiastowa reklamowała się jako restauracja z prostą i smaczną kuchnią. Na pierwszy ogień do testowania poszła pizza z szynką parmeńską, tagliatelle z kurkami, sałatka i zupa krem z kopru. Pizza wypadła w tym zestawieniu najlepiej i smakowała większości z nas. Zupa była zupełnie nijaka i po spróbowaniu przez wszystkich skończyła niedojedzona stygnąc w rogu stolika. Makaron się bronił, mimo że nie był bardzo wyrazisty. Jednak oczekiwałam po Międzymiastowej trochę więcej niż tylko przyzwoitego makaronu, zwłaszcza, że w najbliższej okolicy jest kilka miejsc serwujących świetne pasty. Kto oglądał "Seks w wielkim mieście" pamięta pewnie odcinek, w którym frywolna Samantha umawia się z dopiero co poznanym w barze biznesmenem. Kiedy jej absztyfikant zsuwa się z barowego stołka, okazuje się, że sięga Samancie do ramienia, a bohaterka z trudem maskuje rozczarowanie. Twarze moich współbiesiadniczek musiały wyglądać podczas posiłku podobnie.
Ponieważ finalnie wyżej wspomniana bohaterka serialu umówiła się z biznesmenem-niziołkiem i nie pożałowała tego, więc i ja postanowiłam dać Międzymiastowej kolejną szansę.

Po około dwutygodniowej przerwie wróciłam i zamówiłam jeszcze raz chanterelle tagliatelle (kurki, sos maślany) i shrimps sephia (sephia, krewetki, sos winny z pomidorkami). Stał się ten wyczekiwany cud - dokładnie ten sam makaron z kurkami, który uprzednio był mało wyrazisty, tym razem smakował wyśmienicie. Sycący, świetnie doprawiony, pięknie podany. Opcja krewetkowa nie pozostawała w tyle - również doskonale doprawiona, lekko pikantna i aromatyczna. Na stoliku wylądowało też smoothie (sok ananasowy, mleko, puree mango, puree marakuja, ananas), lekkie i o subtelnym smaku. Miłe zaskoczenie. Międzymiastowa z zagubionej autostrady stała się raczej drogą do Gastro Arkadii. Na plus mogę też dopisać szybką (pomimo przepełnionego lokalu) obsługę. Wygląda na to, że po nieco niezgrabnym starcie restauracja złapała wiatr w żagle. Cieszy mnie to bardzo, gdyż do tej pory wszystkie lokale otwierane na Dolnych Młynów trzymały wysoki poziom. Tymczasem odliczam czas do wolnego i śniadania za złotówkę do pysznej kawy.
 

2 komentarze:

Leżaki, neony i pyszności / FORUM Przestrzenie

września 05, 2016 KochamJesc 0 Comments



Nie będzie to zbyt odkrywczy wpis, ponieważ większość mieszkańców Krakowa doskonale zna ten lokal. Wpisał się on już w wizerunek miasta tak jak Wawel, Szkieletor i wszechobecne gołębie. Forum Przestrzenie: miejsce - instytucja. Perełka brutalizmu. Mekka krakowskich hipsterów i koszmar developerów, którzy najchętniej zobaczyliby tutaj kolejną galerię handlową.
Dawny hotel Forum był jednym z najnowocześniejszych budynków w Krakowie. W 2013 roku nieczynny już od dłuższego czasu obiekt dostał drugie życie w formie klubokawiarni z pięknym widokiem na Wisłę.
 

Od otwarcia Forum stało się miejscem imprez, koncertów, pokazów filmowych; gościło też takie wydarzenia jak Najedzeni Fest czy Food Camp. W tym samym budynku znajdziecie sklepy Forum Designu i Forum Mody. Zagęszczenie tatuażów, retro neonów i modnego obuwia na metr kwadratowy przekracza wszelkie normy. Jedni to miejsce kochają, inni nie znoszą. Niezależnie od waszych sympatii, czy ich braku, należy otwarcie przyznać, że klubokawiarnia stanowi bardzo ważny punkt na imprezowo-kulturalnej mapie Krakowa.
A teraz konkrety, czyli co tu  można zjeść.

Forumowa kuchnia serwuje śniadania, kanapki, pizzę i lunche (zupa + drugie danie). W menu często pojawiają się sezonowe specjały. Co miesiąc karta się zmienia, dlatego warto zaglądać i próbować nowości. Na nudę na pewno nie można narzekać.
Oferta śniadaniowa jest bogata - od jajecznicy, omletów i owsianki, na zestawach kończąc. Wszystkie powyższe dostępne do godziny 16, co pewnie ucieszy osoby wstające późno z łóżka. Pomyślano też o weganach, którzy za 19 zł mogą kupić zestaw bezmięsny - nie ma nawet sensu pisać co dokładnie on zawiera, bo co miesiąc się to zmienia. Zawsze ląduje w nim jednak coś pysznego, jak wegański pasztet, czy hummus.

Moim śniadaniowym strzałem w dziesiątkę były pancakes z boczkiem i syropem klonowym na bazie bourbonu. Ciasto jest delikatnie słodkie i puszyste, bekon chrupiący, porcja duża,  a do tego można się poczuć jak w twinpeaksowym Double R Diner. Obecnie nie ma ich w menu, ale kto wie - może wrócą?
Pod hasłem "Kanapki" kryją się obecnie trzy rodzaje burgerów (wszystkie pyszne), oraz Roll Forum (szarpana wołowina, sos bbq, sałatka coleslaw), kanapka z cheddarem i warzywami i club sandwich z pastą z kurczaka. Bohaterami zdjęć do tego wpisu są właśnie Roll Forum (19 zł, naprawdę solidna porcja mięsa za taką cenę), oraz kanapka z cheddarem (14 zł). Ta ostatnia była smaczna (a raczej były smaczne, bo dostałam dwie), ale nie dało się jej zjeść w wygodny sposób nawet przy pomocy sztućców. Ilość składników upakowana między dwie cienkie kromeczki była ogromna i co chwilę coś wysuwało się i lądowało na moim talerzu.
Lunch (dostępny od 13 do 18) jest najbardziej opłacalną opcją. Za 20 zł dostajecie zupę i drugie danie. Tak jak w powyższych przypadkach, oferta zmienia się co miesiąc, ale prawie zawsze znajdziecie w niej wegetariański lub wegański posiłek. Poza tym można trafić na makarony, tarty, curry. Czego bym nie brała podczas moich licznych wizyt, zawsze było pyszne. We wrześniu nie przegapcie udona z tofu i risotto z porem i grzybami.

Pizzę może zamawiać między 14 a 2 w nocy. Ceny wahają się między 17 a 24 zł. Do wyboru zazwyczaj jest około siedmiu rodzajów pizzy, wszystkie serwowane w tym samym rozmiarze (opcja raczej dla jednej osoby). Chrupiące i cienkie ciasto przypadnie do gustu wyznawcom jedynej i słusznej włoskiej wersji tej potrawy. Warto spróbować też sałatek i ciast (czekoladowe z solonym karmelem: 10/10). Plusem jest też sposób zamawiania dań. Klienci dostają pagery, które brzęczą, gdy posiłek jest gotowy do odebrania, więc nie trzeba w ścisku warować pod barem. A jak już najecie się do syta, to pozostaje wam ogromny wybór napojów: herbaty, kawy, piwa, wina, Fritz Kola, domowa lemoniada, koktajle, świeżo wyciskane soki.
Forum to także przestrzeń przyjazna dla dzieci i zwierząt, zawsze znajdzie się tu miska z wodą dla psów.
 

Kiedy zabierałam się za pisanie pierwszej wersji tego posta, nie istniało jeszcze imprezowe państwo w państwie na ulicy Dolnych Młynów. W lecie Forum przeżywało więc oblężenie. Na bulwarze przed wejściem kłębiły się masy ludzi na leżakach, a jak nie starczało tych ostatnich, to goście rozkładali się na trawie. Po otwarciu Tytano część klienteli odpłynęła tam, co moim zdaniem jest tylko i wyłącznie plusem. Dla odmiany w piątek wieczór mam gdzie usiąść, a w sobotę na lunchu nie czuje się jakbym wylądowała na zbyt ruchliwym targu.
 

Posłodziliśmy, pochwaliliśmy, a teraz czas na kroplę goryczy. Kolejka do toalet w weekendy i brak ciepłej wody przypomina, że jednak jesteśmy w klubie, a nie restauracji. Na jedzenie czeka się czasami bardzo długo, bywało nawet do dwóch godzin. Nie wiem do końca, czym jest to spowodowane. O ile przy tłumach w niektóre dni można sobie to łatwo wytłumaczyć, o tyle po otwarciu Tytano trochę się przerzedziło, a czas oczekiwania wciąż wynosił godzinę przy czasem pustej sali. Uczciwie dodam, że kilka razy wpadałam rano na śniadania i dostałam je dosyć szybko. Obsługa pozbierała bardzo dużo negatywnych opinii na fejsie, za rzekomy brak kultury, opieszałość, zmanierowanie, faworyzowanie hipsterni przy składaniu zamówień (cokolwiek to ma oznaczać). Nigdy nie spotkałam się z chamstwem ze strony barmanów, powiedziałabym nawet że w dni kiedy nie ma tłumów jest nawet szansa zamienić kilka słów niekoniecznie na temat zamówienia. Zgadzam się jednak, że przy głównym barze jest często bałagan. Można spędzić pod nosem barmana kwadrans, a i tak zostaną obsłużone osoby, które wepchnęły się minutę wcześniej do kolejki. Jeśli istnieje jakiś tajemny klucz według którego obsługiwani są klienci, to raczej nie jest nim ilość tatuaży czy poziom niedowagi: chude, wielkookie panienki i drwaloseksualni młodzieńcy stoją tak samo długo po piwo. I to by było na tyle w temacie minusów. Jeśli chcecie zjeść coś dobrego i niedrogiego i popatrzeć na Wisłę, a przy okazji możecie poczekać chwilę na zamówienie, to Forum wciąż będzie bardzo dobrym wyborem.

0 komentarze: