Damask Rose / Czajownia

stycznia 31, 2016 KochamJesc 0 Comments


Pamiętacie Blade Runnera? Orientalna estetyka Tokio, Hong Kongu i Kalkuty przeplatająca się z atmosferą Los Angeles rodem z filmu noir, kolorowe neony, zatłoczone ulice. Jest w Krakowie miejsce, które mogłoby zagrać jeden z lokali odwiedzanych przez Deckarda. Nie znajdziecie w nim co prawda androidów, za to mnóstwo dobrych herbat i shishę.

Na końcu ulicy Józefa na Kazimierzu znajduje się Czajownia. Gości witają przytulne, orientalne wnętrza spowite przytłumionym światłem sączącym się z lamp. Naprzeciwko wejścia znajduje się drewniany bar, za nim szafka z herbatami niczym z XIX-wiecznej apteki, w głębi piętrzą się pojemniczki aptekarskie, również kryjące herbaciane skarby. Goście mogą spocząć na rattanowych krzesłach, przy małych stolikach, albo pod kolorowymi baldachimami, na wzorzystych poduszkach. Z nastroju jak z Tysiąca i jednej nocy nie wytrąci was muzyka, która jest cicha i nie przeszkadza w konwersacji (propsy za Dead Can Dance podczas mojej ostatniej wizyty).

Poza tym, że kocham żreć, kocham też pić dobre herbaty - a w Czajowni jest ich zatrzęsienie. W karcie ponad sto rodzajów do wyboru, do koloru: herbaty czarne, zielone, czerwone, białe, żółte, z aromatem lub bez. Liptona w torebce nie dostaniecie (chyba że jak powiedział pan za barem "za 50 zł i za jakieś dwie godziny"). Zresztą nikt przy zdrowych zmysłach nie zamawiałby w tym herbacianym raju jakiejś podłej lury. Obsługa jest bardzo miła i kompetentna: doradzą każdej herbacianej dziewicy co i jak pić. Musze przyznać, że nie odwiedzałam wielu miejsc, w których personel byłby tak doinformowany i przy okazji zainteresowany sprzedaniem tej wiedzy klientom. Tym bardziej dziwią mnie niektóre uwagi odnośnie kiepskiej obsługi na facebookowym fanpage'u, bo nigdy mi się nie zdarzyło być w tym miejscu potraktowaną lekceważąco.
Jak już zaczniecie wertować kartę, zwróćcie uwagę na Napoje Przeróżne (np. sahlep z wiórkami kokosowymi i czekoladą) i Specjalności Czajowni. W tej ostatniej sekcji znajdują się moje ulubione napoje. Wspomnienia z Bombaju to czarna herbata zmieszana z gorącym kakao, podawana w stylowym imbryczku. Do tego dwa malutkie naczynia z miodem i mlekiem, oraz czarka do picia. Składniki można mieszać wedle uznania, napój bez dodatków także smakuje wyśmienicie. Kolejne cudo to herbata  K.H.Machy - wedle opisu "(...) dla dwojga zakochanych, o oszałamiającym aromacie róż". Faktycznie zapach jest cudowny, a na pięknej woni się nie kończy. Na koniec Tygrys Malajski - czarna chińska herbata z kawałkami kokosa o subtelnym, lekko słodkim i oleistym smaku. Jeśli zakochacie się w którejś z herbat z Czajowni, to na szczęście można je także kupić.

Dla głodnych także znajdzie się małe co nieco. Na mniejszy głód mieszanki orzeszków, pistacje, matcha kule. Na większy: pasta z cieciorki i sezamu z chlebkiem pita, kuskus, hummus czy baba ghanogue. A dla miłośników słodyczy ciastko Marlenka w dwóch wariantach smakowych i przepyszna baklawa. Niech was nie zwiedzie rozmiar tej ostatniej - nawet mniejszym kawałkiem można się zupełnie zatkać.
Powinnam teraz napisać o minusach, ale ciężko mi je wynajdywać na siłę. Ok, woda w łazience była zimna. Poza tym jest przytulnie, wygodnie i nie ma hałasujących tłumów ludzi. Herbatomaniacy wszystkich krajów łączcie się i relaksujcie w Czajowni!

0 komentarze:

Przysmaki globalne, składniki lokalne / Zenit

stycznia 26, 2016 KochamJesc 0 Comments


Na Kazimierzu swoje podwoje uchylił 12 stycznia nowy lokal - Zenit. Przygotowania do otwarcia były owiane tajemnicą, a  Facebook nie bombardował ani mnie, ani znajomych reklamami i zaproszeniami. Coś z tej tajemnicy zresztą się zachowało: bistro jeszcze nie dorobiło się strony internetowej ani szyldu, więc można je przegapić idąc w pośpiechu Miodową. Ja prawie wpakowałam się w okno, które pomyliłam z wejściem.
Pierwszą rzeczą, na jaką zwróciłam uwagę po przekroczeniu (tych właściwych) drzwi, był Burial lecący z głośników. Kolejną - interesujący wystrój. Na dosyć dużej, jasnej przestrzeni zgromadzono drewniane stoliki, szeroki bar ze złotymi elementami, kolorowe grafiki na ścianach, donice z palmami, miękkie kanapy w pięknym odcieniu indygo (Reflecting Pond był jednym z kolorów jesieni 2015 wg Pantone).
Jest bardzo ładnie, nowocześnie, a muzyka nie zagłusza rozmów - pierwsze wrażenie zdecydowanie pozytywne.



Praktycznie od razu pojawił się kelner, który zaproponował nam stolik i podał karty. Wegetarian i wegan na pewno ucieszy spora ilość przeznaczonych dla nich dań, które odpowiednio oznaczono w menu. Podobne oznaczenie znalazło się też przy potrawach bezglutenowych. Dla alergików przewidziano specjalne posiłki, trzeba tylko poinformować wcześniej obsługę.
Zenit szczyci się tym, że składniki pochodzą od sprawdzonych, lokalnych dostawców: certyfikowane sery, pstrąg z hodowli "Pstrąg Ojcowski", kurczak zagrodowy zamiast rachitycznego ptaka, który spędził życie w klatce. Już po pierwszym spojrzeniu na kartę, rzuca się w oczy brak zbędnych tłuszczów i węglowodanów. Jeśli wieprzowina, to długo pieczona;  zamiast frytek kasza, ciężkie sosy na bazie śmietany zastąpiono pesto kasztanowym.

Menu stworzone przez Anię Rymgajło zajmuje kartkę A4, ale wbrew pozorom znalazło się w nim sporo pozycji. Są więc śniadania (m.in. kanapki, owsianka, śniadanie wege lub drwala), przystawki (mus z wątroby królika z galaretką porzeczkową z burakami, krewetki z miodem gryczanym, kasztanami i focaccią), zupy, dania mięsne (pierś z kaczki, burger z jagnięciny) i wegetariańskie, desery, dwa rodzaje sałatek i makaronów. Do tego całkiem spory wybór napojów.
Nasz wybór padł na makaron z krewetkami, kalmarami i pesto kasztanowym (28 zł) oraz burgery z jagnięciną, guacamole, piklami i sałatką z ziół (29 zł). Na jedzenie nie czekaliśmy długo. Makaron był wyjątkowo smaczny - pesto miało bardzo delikatny smak, a kalmary były miękkie i dobrze przyrządzone. Ku mojemu zdziwieniu, zamiast jednego dużego burgera pojawiły się dwa małe. Podano je nabite na patyk szaszłykowy i w asyście sałatki. Jest to praktyczne rozwiązanie, które oszczędziło przygód z latającymi piklami i sosem rozmazanym na twarzy po każdym kęsie. Bułka była chrupiąca, zawartość ciepła i smakowita.


Jak wspomniałam wyżej, Zenit nie dorobił się jeszcze swojej witryny, ale menu jest dostępne na facebookowym fanpejdżu.
Miła obsługa, nowoczesne wnętrze i przede wszystkim dobra kuchnia dobrze rokują. Myślę, że Zenit szybko dorobi się stałych bywalców, a wam polecam wpaść na śniadanie, zanim dostanie stolika zacznie graniczyć z cudem.

0 komentarze:

Na potęgę Posępnego Czerepu, żarcie przybywaj!

Subiektywny wybór lokali z jedzeniem na dowóz

stycznia 23, 2016 KochamJesc 0 Comments


W Krakowie wiosna skończyła się dopiero dwa dni przed Nowym Rokiem. Odkąd przed 13 na termometrze pojawił się minus zamiast plusa, ciężko zebrać się nawet po mrożone pierogi do sklepu za rogiem, nie mówiąc już o stołowaniu się "na mieście". Jeśli wasze umiejętności kulinarne ograniczają się do zagotowania wody na zupę w proszku, albo chcecie odpocząć od kucharzenia na rzecz książki/Assasin's Creed/polsatowskich "Trudnych spraw" (niepotrzebne skreślić), ratunkiem pozostaje jedzenie na dowóz. Nie sposób umieścić w jednym wpisie wszystkich lokali wartych uwagi, ale w przyszłości będę kontynuowała temat.

Hoang Hai
Chińczyków w Krakowie jest urodzaj. Niby wszystkie wyglądają jednakowo - lampiony, gruby roześmiany Budda za szklaną gablotką i orientalne wachlarze na ścianach. Jednak jakość oferowanych dań waha się od wyśmienitych (rzadziej), do żarcia, którego nie tknąłby Bear Grylls (częściej). Hoang Hai to pięć lokali z pyszną, wietnamską kuchnią. W menu długa lista zup, dań głównych i przekąsek. Coś dla wegetarian, miłośników mięsa, klasyki w rodzaju sajgonek czy kurczaka w sosie 5-smaków. W zestawie dostaniecie bez dopłaty świeżą surówkę i ryż (ani wyschnięty, ani sklejony - hurra!) Tutaj dowiecie się, która restauracja dowozi pod wasz adres. 

Yana Sushi
Jedna z najlepszych rzeczy jakie wymyśliła ludzkość niestety rzadko nadaje się do zjedzenia poza restauracjami. Pakowane zestawy z supermarketu to wersja dla osób pozbawionych kubków smakowych - nawet pies koleżanki wypluł taki poczęstunek. Lokale z sushi na dowóz, które testowałam, serwują często niewiele lepsze jedzenie. Była już woda o posmaku miso, mikro-rolki, łosoś zamiast tuńczyka (choć dostawca upierał się, że to jest tuńczyk), przyschnięty ryż. Na tym tle bardzo dobrze prezentuje się Yana Sushi ze swoimi dwiema restauracjami na Chmieleńcu i Zwierzynieckiej. W menu, poza sushi, znajdziecie też zupy i makarony. Jakościowo jest prawie bez zarzutu (okej, nigiri tamago mogłoby mieć większy naleśnik), do tego dowóz nie kończy się na 4 kilometrach od lokalu. Zamawiajcie tutaj.

Fabryka Pizzy
Czujecie, że oszalejecie, jeśli zaraz nie zmaterializuje się przed wami pizza lub makaron? O Fabryce Pizzy pisałam już tu. Dodam więc tylko - większość restauracji dowozi :)

Yam Yam
Jeśli marzą wam się tajskie rozkosze podniebienia, to niestety zamówienie musicie złożyć najlepiej tuż po otwarciu lokalu. Na dostawę czasami czeka się niedorzecznie długo. Jednak warto uzbroić się w cierpliwość. Porcje są duże i bardzo smaczne. W przeciwieństwie do wielu lokali z orientalną kuchnią, w których ostrość jest dostosowana do naszych europejskich podniebień (czyli żadna), tutaj dostaniecie naprawdę pikantne jedzenie. Poziom ostrości można wybrać, przy czym dodam, że do tych najpikantniejszych potraw powinna być w zestawie gaśnica. Do wyboru dania z woka, smażony ryż, makarony, różne rodzaje curry - do wszystkiego wedle uznania można dobrać kurczaka, wołowinę, wieprzowinę, krewetki, lub też pozostać przy wersji wege. Sami sprawdźcie.  
Galeria Pierogów
Do 19.45 macie czas na zamówienie któregoś z 17 rodzajów pierogów. Są klasyki (jak ruskie), są pierogi na słodko, wegetarianie także znajdą coś dla siebie. Poza pierogami w ofercie znajdziecie uszka (także z barszczem), placki ziemniaczane, kopytka z gulaszem, krokiety, sałatki, naleśniki, dania fit i mięso na kilka sposobów. Ceny od 2,5 do 20 złotych, czyli właściwie tyle co niektóre mrożonki, za to nieporównywalnie lepiej. Możliwość dowozu sprawdzicie na stronie Galerii.

Warsztat Po Polsku
Młodszy brat Warsztatu, z kuchnią (nie tylko) polską. Wielkie porcje i przyjazne ceny. Na mniejszy głód przekąski (śledzik z jajkiem, tatar, grillowany oscypek z żurawiną). Dla zmarzniętych ciepłe zupy (kapuśniak, krupnik, żurek, zupa z leśnych grzybów i wiele innych). Dla spragnionych czegoś konkretniejszego gołąbki, placki ziemniaczane, kilka rodzajów pierogów, kurczak i steki na różne sposoby, ryby. Do tego kilka deserów. A jeśli nie macie ochoty na tradycyjną, polską kuchnię to pozostają dla was sałatki i makarony. Więcej na stronie restauracji.

0 komentarze:

Z pamiętnika niedzielnego trawożercy / Nova Krova

stycznia 20, 2016 KochamJesc 0 Comments


Jeśli bardziej wolicie krowę na łące, niż między połówkami przekrojonej bułki, to wpadnijcie na Plac Wolnica. Jeśli chcecie się przekonać, że seitan to nie nazwa metalowego zespołu z Japonii, to też wpadnijcie na Plac Wolnica. Jeśli wyproszono was z 5-gwiazdkowej hotelowej restauracji, bo wasz pies kiepsko posługuje się sztućcami, to nie macie wyboru - musicie udać się na Plac Wolnica.

Nova Krova to kazimierzowskie bistro oferujące kuchnię roślinną. Jasny, przestronny lokal ożywiają urocze grafiki na ścianach i zwisające z sufitów łosie rogi (oczywiście chodzi o paproć platycerium, a nie ozdobę łbów poczciwych przeżuwaczy). Wszyscy są tutaj mile widziani: rowerzyści, kulturyści, miłośnicy hummusu, psy i koty.

Zaglądamy do karty. Popisowym daniem Novej Krovy są oczywiście bezmięsne burgery. Do wyboru siedem rodzajów (m.in. z marynowanym i grillowanym tofu, kaszą jaglaną, kaszą quiona i szpinakiem), a jeśli kogoś poniesie fantazja, to może sobie skomponować własną wersję. Składników do wyboru jest sporo - kilka rodzajów kotletów, grillowane warzywa, marynowane buraczki czy karmelizowana cebula. Do tego siedem sosów - czosnkowy, pomidorowy, ostry, śliwkowy, BBQ, pesto pietruszkowe, majonez klasyczny i ziołowy. Bułki dostępne są w wersji jasnej, ciemnej i bezglutenowej. Do burgera możecie jeszcze za 4 złote dokupić domowe frytki lub sałatkę (codziennie inne do wyboru). Ja czekałam na swoje zamówienie wyjątkowo krótko i po chwili do stolika, który zajęłam z koleżanką, dotarły dwa piękne wyglądające burgery przebite patyczkami szaszłykowymi.
Testowałam wersję z marynowanym i grillowanym tofu, awokado, podsmażanymi pieczarkami i blanszowanym porem, a moja koleżanka falafel burgera z hummusem,  ogórkiem, pomidorem i czerwoną cebulą. Bułki były dosyć chrupiące, składniki smaczne, za to burgery niestety letnie. Inna sprawa, że tofu czy kotleciki sojowe nie trzymają ciepła tak jak kawał mięsa z grilla. Mimo problemu z temperaturą posiłku, moje wrażenia są raczej pozytywne.
Zupa dnia - krem z soczewicy z makaronem - dotarła dla odmiany gorąca. Była też wyjątkowo smaczna.
Poza burgerami w Novej Krovie można zamówić wspomniane wyżej zupy (duże porcje, ceny ok 8-10 zł), oraz concept lunch: w każdym tygodniu jest to coś innego. Niezależnie od tego czy traficie na naleśniki, makaron czy klopsy, zasada jest jedna - wszystko jest w 100% wegańskie. Na deser do wyboru są smufi, albo któreś z ciast (na stałe w menu zagościły sernik i szarlotka, a poza tym codziennie jest jakaś słodka niespodzianka).
Roślinosceptyków gorąco namawiam na lunch lub śniadanie w tym miejscu - nie odczujecie w potrawach braku jajek, krowiego mleka i sera, a przy okazji przekonacie się, że weganie nie żywią się energią słoneczną i końską paszą. Menu i burger robiący striptiz tutaj.

0 komentarze:

Wielki Zderzacz Gastronów / Warsztat

stycznia 17, 2016 KochamJesc 0 Comments


Zostawiamy na chwilę za sobą dizajnerskie wnętrza oblegane przez hipsterów i przenosimy się do lokalu, który powinien mieć nad drzwiami napis "porzućcie wszelką dietę, wy, którzy tu wchodzicie".
Tagliatelle agli spinacci

Warsztatów w Krakowie jest trzy. Na Miodowej powstała filia "Warsztat Po Polsku" oferująca tradycyjną, polską kuchnię (przynajmniej w teorii). Najstarszy lokal na ulicy Izaaka przeniósł się jakiś czas temu do sąsiedniego budynku, ale wystrój i menu pozostało to same. Restauracja jest niewielka i chętnym na coś pysznego nie raz przychodziło cierpliwie czekać na zewnątrz, aż zwolni się stolik.
Największy Warsztat, mieszczący się na Bożego Ciała 1 "odciążył" oryginalną restaurację. Menu jest dokładnie takie samo, ale klienci mają do dyspozycji trzy sale i antresolę nad barem, a w lecie stoliki pod parasolami na zewnątrz.
Przytulne wnętrza utrzymane są w klimacie retro: na ścianach wiszą stare instrumenty muzyczne, ściany zdobią wzorzyste tapety. To nie jest miejsce w którym w najnowszych Air Maxach zrobisz sobie selfie w toalecie przypominającej kabinę teleportacyjną. Jest za to bezpretensjonalnie i przyjemnie.

W menu znajdziecie sporo pozycji w dobrych cenach - od przystawek, poprzez śniadania, sałatki, makarony, pizzę, risotto, schaby, a na deserach kończąc.
Na pewno zdarzyło wam się kiedyś zobaczyć zachęcający opis w karcie, zamówić jedzenie i poczuć oszukanym, gdy na stoliku wylądował posiłek. Mi na przykład trafiła się raz mini grzanka, szumnie nazwana w menu "bruschettą z tapenadą". Niestety nie dołączono do niej mikroskopu, więc ciężko ją było zlokalizować na talerzu. Innym razem skusiłam się na kalmary z warzywami z "chińczyka". Warzyw było sporo, za prędzej znalazłabym Wally'ego w tłumie, niż te nieszczęsne kalmary. Zamawiając coś w Warsztacie możecie sie jedynie miło rozczarować, bo porcje są ogromne.
Sałatka Arlecchino (mała 19 zł, duża 24 zł), to kopiec z grillowanych krewetek, z łososiem, mozzarellą i oliwkami, który wygląda raczej jak ofiara dla Dagona, niż zwykły posiłek.
Podobnie sprawa ma się z makaronami i rosottami. Serwowane dania pozornie sprawiają wrażenie normalnych rozmiarów, ale ich samodzielne pochłonięcie powinno być dyscypliną olimpijską.
Nie ma na szczęście problemu z rozdzielaniem porcji na osobne talerze, wystarczy wcześniej dać znać obsłudze. Jeśli jednak polegniecie w zmaganiach ze swoim posiłkiem, możecie go wziąć na wynos.


Krem cukiniowo-czosnkowy z groszkiem ptysiowym

Pozostając w temacie makaronów, wypróbowałam już wszystkie pozycje (achievement unlocked: you earned Pasta Badge!) i mogę z czystym sumieniem napisać, że są bardzo dobre.
Dania (zwłaszcza te z sosami na bazie śmietany) są dosyć ciężkie, ale dobrze doprawione i apetyczne.
Warsztat oferuje pizzę w jednym rozmiarze (jeśli nie jesteście bardzo głodni, to też powinna wystarczyć dla dwóch osób) i aż 27 rodzajach. Jest to raczej amerykański wariant tej potrawy - ciasto jest grubsze, a składniki wręcz się na nim piętrzą.
Wegetarianie mają spory wybór bezmięsnych dań. Pozostałe można przygotować także w wersji jarskiej, wystarczy poprosić obsługę.
Podsumowując, Warsztat to solidna kuchnia i ceny, które nie odstraszają. Menu do wglądu tu.
Po tych pochwałach, czas na minusy. Zdarzało się, że w lecie temperatura w lokalu była nie do wytrzymania.  Rozumiem, że na 35 stopni na zewnątrz nie ma rady, ale sauna w środku nie zachęca do zamawiania niczego innego niż lody (przynajmniej te ostatnie są pyszne). Jak każde miejsce, w którym można zjeść niedrogo, dużo i dobrze, Warsztat bywa czasami przepełniony - zwłaszcza w weekendy. Stoliki na salach nie są od siebie bardzo oddalone, więc jedyna muzyka jaka dociera do uszu to głosy przekrzykujących się gości. Jeśli zdecydujecie się wpaść w tygodniu, to można jednak liczyć na lunch w miłej i spokojnej atmosferze.

0 komentarze:

Centrum Dowodzenia Makaronem / Fabryka Pizzy

stycznia 14, 2016 KochamJesc 1 Comments


Przez szesnaście lat swojej działalności Fabryka Pizzy rozrosła się z jednego lokalu na ulicy Lubomirskiego, do kilkunastu restauracji w całej Polsce. W samym Krakowie charakterystyczne pomarańczowe logo można znaleźć pod pięcioma adresami. Chociaż stołowałam się we wszystkich placówkach w Grodzie Smogu, dzisiaj poświęcę kilka zdań tej w ścisłym centrum.

Czasami odnoszę wrażenie, że niektóre polskie celebrytki korzystają z tego samego chirurga plastycznego, a krakowskie lokale z jednego projektanta wnętrz. O ile w pierwszym przypadku w zestawie powinna być papierowa torba na głowę, o tyle w drugim efekty są bardzo przyjemne dla oka. Fabryka Pizzy przy ulicy Sławkowskiej przeszła jakiś czas temu mały lifting. W rezultacie wnętrze zrobiło się nowocześniejsze, ale wciąż dosyć przytulne. Ceglane ściany, minimalizm, fabryczne lampy... już to gdzieś czytaliście? Chyba powinnam mieć gotowy plik i robić kopiuj/wklej. Ale gwoli sprawiedliwości - jest dużo ładniej i jaśniej.
Fabryka oferuje trzy typy pizzy; klasyczną (18 rodzajów), light (na cieście razowym z sosem pomidorowym, 4 rodzaje) i razową (3 rodzaje). Oprócz tego pojawiają się też ciekawe sezonówki. Zadbano o wegetarian, którzy znajdą dla siebie kilka wariantów pysznej włoskiej potrawy. Ciasto jest dostępne w dwóch rozmiarach - 28 i 32 cm, a ceny wahają się od około 15 do 30 złotych.

Pizza z łososiem, szpinakiem, pieczarkami i czosnkiem

Konkurencja w Krakowie jest spora - Nolio, Pizza Garden, Papryczki 3 czy Bistro Italiano to tylko niektóre miejsca, serwujące świetna pizzę. Fabryka nie ma się czego wstydzić w tej materii. Dobre, chrupiące ciasto, świeże składniki, kilka sosów do wyboru sprawiają, że pizza jest na piątkę. Okej, na taką z minusem :)
Paradoksalnie, pomimo pizzy zawartej w nazwie, najmocniejszą stroną restauracji są moim zdaniem makarony. I tutaj mamy kilka opcji do wyboru: zapiekane, na oliwie, razowe, z sosami śmietanowymi i serowymi, z sosem pomidorowym, gnocchi. W sumie 27 rodzajów makaronów w przedziale cenowym 16 - 27 złotych. Jak w przypadku pizzy, trafiają się też ciekawe opcje sezonowe. Porcje są spore, dobrze doprawione, a makaron jest faktycznie ugotowany al dente. Kucharz nie żałuje składników, więc nie będziecie musieli wysyłać psa tropiącego w celu zlokalizowania krewetek, czy mozzarelli. Do tego gratis parmezan (czasem trzeba o nim przypomnieć). Jest kilka pozycji wartych szczególnej uwagi: cannelloni faszerowane szpinakiem i ricottą; czarne tagliolini z mozzarellą, krewetkami i oliwą z oliwek; penne w sosie śmietanowym z krewetkami tygrysimi i pieprzem cayenne; gnocchi w sosie śmietanowym z gorgonzolą i szpinakiem. Jeśli chodzi o poziom, to chyba zależy on od tego kto w danym dniu gotuje. Zazwyczaj jest bez zarzutu, choć czasem trafiają się pewne niedociągnięcia - nigdy jednak z ich powodu nie zdarzyło mi się nie skończyć dania. Dla przykładu, zamówione podczas ostatniej wizyty gnocchi miało ścięty sos o nierównej konsystencji - sama potrawa mimo tego smakowała dobrze. Takich wpadek na wszystkie moje wizyty było może dwie.
Czarne tagliolini z oliwą z oliwek, krewetkami tygrysimi (6 szt.) i białą mozzarellą, na białym winie

W menu znajdziecie jeszcze zupę dnia, przystawki (mule, carpaccio, bruschettki), risotto (smaczne, choć porcje są mniej sycące niż makarony), bombery (buła z ciasta pizzowego ze składnikami w środku), sałatki i dwa desery - tiramisu i panna cotta. Te ostatnie są najsłabszymi pozycjami w karcie. Osobiście wolę darować sobie słodycze na rzecz którejś z przystawek.
Ceny w krakowskich lokalach są identyczne i nie zrujnują waszego budżetu. Poza tym na gości czeka sporo promocji, a niezależnie od nich oferowane jest jeszcze danie dnia w cenie 14,90 złotych.
Gnocchi w sosie śmietanowo-parmezanowym z szynką parmeńską

Większość krakowskich Fabryk oferuje posiłki na dowóz (obszar jest ograniczony i najlepiej sprawdzić na stronie internetowej czy istnieje możliwość dostawy pod dany adres). Zamawiałam jedzenie kilka razy i zawsze docierało ciepłe. Niezależnie od wybranej restauracji potrawy smakowały tak samo.
Mimo, że Fabryka rozrosła się do ogólnopolskiej sieci, jakość serwowanych posiłków pozostała na bardzo dobrym poziomie. Przystępne ceny sprawiają, że jest to miejsce do którego warto częściej zaglądać. Menu dostępne jest na stronie Fabryki.

1 komentarze:

Japoński fast food / Kyoto Takoyaki

stycznia 11, 2016 KochamJesc 0 Comments

Krakowscy miłośnicy kuchni azjatyckiej mogą czuć się ostatnio rozpieszczani: w połowie grudnia pojawił się kolejny lokal z dalekowschodnimi smakołykami. Na ulicy św. Tomasza 10 otwarto Kyoto Takoyaki: japoński fast food z tradycyjnymi przekąskami.
Takoyaki to potrawa z rzadkiego, pszennego ciasta z ośmiornicą, przypominająca wyglądem dufinki. Kulki najczęściej udekorowane są majonezem, sosem takoyaki i wodorostami nori. Danie przygotowywane jest w takoyakiki - specjalnej patelni z wgłębieniami. Podczas smażenia kucharz przewraca ciasto patyczkami, aby uformowało się w idealny kształt.
Knajpka na Tomasza to jedno spore pomieszczenie z przeszklonym wejściem. Wnętrze urządzono w stylu "mniej znaczy więcej", czyli drewniany, prosty bar; rząd krzeseł przy ladzie i kanapa ze stolikiem pod oknem. Żadnych zbędnych ozdób, nie licząc malowidła na ścianie.
Jednak to nie prostota jest pierwsza rzeczą, jaka zwraca uwagę, ale intensywny zapach tłuszczu. Gdyby kulki takoyaki mogły wezwać spełniającego życzenia smoka Shenlonga, to poprosiłabym o wentylator, ponieważ poziom swądu przekracza 9000. Nie wygląda na to, bym miała tego dnia po prostu pecha, gdyż już ktoś zwracał uwagę na ten problem na stronie lokalu na Facebooku.
Takoyaki są dostępne w pięciu smakach, w cenie 15 lub 16 złotych za 8 kulek. Można zamówić większe porcje za odpowiednią dopłatą. Jako, że była to moja pierwsza styczność z tą potrawą, wybrałam najmniejszą porcję i klasyczny, łagodny wariant, zwany po prostu kyoto takoyaki. Kucharz sprawnie obracał ciasto czymś w rodzaju śrubokrętów i po chwili moje magiczne kule dotarły podane w papierowej łódeczce podanej w głębokiej, drewnianej misie (plus za estetykę!).
Przekąska była bardzo gorąca, dlatego nie należy jej szybko wkładać do ust. Cienka, chrupiąca skórka kryje delikatne, półpłynne wnętrze. Na początku potrawa wydała mi się dosyć mdła. Jednak z każdym kolejnym kęsem można było wyczuć nakładające się na siebie smaki - słodkawe ciasto, słony majonez, wodorosty, delikatna ośmiornica. Miałam mieszane uczucia: danie było smaczne, ale wydało mi się dosyć mało wyraziste - być może to kwestia wybranego rodzaju. Niestety nie byłam już w stanie spróbować innego, bo nawet najmniejsza porcja okazała się być bardzo sycąca.

Na pewno wrócę tutaj spróbować jeszcze innych takoyaki, ale dopóki nie pojawi się wentylator, będę raczej brała je na wynos. Spragnieni nowych kulinarnych doznań powinni odwiedzić street food na Tomasza. Moim numerem jeden z azjatyckimi przekąskami jest jednak wciąż Kanton dim sum house. Menu Kyoto Takoyaki znajdziecie tutaj.

0 komentarze:

Mała Wielka Przekąska: Kanton Dim Sum House

stycznia 07, 2016 KochamJesc 1 Comments


Street food z menu bazującym na ekologicznych produktach i mięsie z uczciwych hodowli. Ciasto wegańskie i bezglutenowe. Tradycyjne chińskie przekąski. Tyle, jeśli chodzi o opis z Facebooka. Na Węgłowej 2 znajdziecie wszystko, co kochają wielbiciele azjatyckiej kuchni, jarosze i yuppies z odcinka South Parku o Sundance Film Festivalu.
Malutki lokal z dyskretnym szyldem jest prawie niewidoczny z ulicy Krakowskiej. Trafiłam do niego przez przypadek: zaproszono mnie na urodziny do sąsiadującego Bourbona i po godzinie postanowiłam ruszyć do najbliższego miejsca po coś do zjedzenia. Daleko nie szukałam :)
Pomieszczenie jest jasne, urządzone skromnie, ale przytulnie. Z lamp zwisają ptaki origami, na ścianie puszą się namalowane pawie, a znad baru uśmiecha kotek maneki neko.

Wymienne pałeczki maneki neko dostępne w kilku kolorach w cenie 15 zł. Jak tu się w nich nie zakochać?
Specjalnością Kantonu są chińskie pierożki przyrządzane na parze i podawane w bambusowych koszach. Dim sumy dostaniecie z farszem warzywnym lub mięsnym, można oczywiście zamówić po pół porcji różnych smaków. Do dania serwowane są pyszne sosy - obsługa poinformuje was który smak jest przeznaczony do konkretnego rodzaju pierożków. Choć porcja to tylko osiem dim sumów, na szczęście są one dosyć sporych rozmiarów, więc nie powinniście być głodni (co nie przeszkodziło mi z wrodzonego łakomstwa zamówić natychmiast kolejną porcję). Ciasto jest dosyć kleiste i czasem ciężko oderwać je od papierowej podkładki, ale to jedyny zarzut. Moja zwycięska trójka to dim sumy szpinakowe z grzybami mun, soczewicowe i z dorszem. 

Poza pierożkami możecie skusić się na deser lub którąś z pysznych zup (bulion z tofu, jajkiem i glonami wakame, curry z pak choyem i makaronem ryżowym to tylko niektóre pozycje pojawiające się w Kanton dim sum house). Dla wygłodniałych przewidziano zestawy lunchowe, czyli zupę dnia i dim sumy. 
Ceny nie odstraszają, jedzenie jest smakowite, a obsługa bardzo sympatyczna. Oczywiście znalazł się niewielki minus, a mianowicie wspomniany już wcześniej mały metraż, który sprawia, że o pewnych porach dnia nie ma gdzie usiąść. Jeśli uda wam się już wcisnąć, to bywa po prostu ciasno. Na szczęście dania można też zamówić na wynos. 

1 komentarze:

Nieszablonowo o gotowaniu.

Książki, które was zainspirują lub odbiorą apetyt

stycznia 04, 2016 KochamJesc 2 Comments


Odkąd słupek rtęci na termometrze spadł poniżej zera, jedyna rzecz na jaką mam ochotę to zakopanie się pod kocem z kubkiem gorącego kakao i dobrą lekturą. Dzisiaj oderwałam się od nowego Głuchowskiego na rzecz pozycji traktujących o kuchni w dosyć niesztampowy sposób. Nie ma co przedłużać wstępu, zaczynamy :)

Mein Klops, czyli kuchnia dyktatorów

Najmniej lubiany wegetarianin w historii, Adolf Hitler, najprawdopodobniej zdecydował się na bezmięsną dietę z powodu problemów zdrowotnych, choć część historyków uważa, że Fuhrerem kierowała miłość do zwierząt. The Adolf Hitler Cookbook: The Food the Fuhrer Ate autorstwa Davida Roberta zawiera także przepisy na mięsne potrawy, od których wódz nie stronił przed 1937 rokiem. Być może twarz z charakterystycznym wąsem nie zachęci was do wypróbowania przepisów, ale książkę można przeczytać jako ciekawostkę. Na Amazonie do nabycia w wersji cyfrowej za niecałe 5 dolarów.
O upodobaniach kulinarnych kolejnych 25 zbrodniarzy przeczytacie w Dictators' Dinners: A Bad Taste Guide to Entertaining Tyrants autorstwa Vicotrii Clark i Melissy Scott. Klęska głodu w Korei Północnej nie przeszkodziła Kim Dzong Ilowi w objadaniu się sushi, czy zupą z płetwy rekina, a piwnica dyktatora była zaopatrzona w dziesięć tysięcy butelek wina. Z kolei Pol Pot przepadał za gulaszem z kobry. Poza ciekawostkami znajdziecie w książce przepisy. Na stronie wydawcy można ją kupić za 10 funtów.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce...

The Star Trek Cookbook Ethana Phillipsa i The Star Wars Cookbook: Wookie Cookies and Other Galactic Recipes Robin Davis to obowiązkowe pozycje nie tylko dla gotujących fanów obu serii. Na szczęście po składniki nie musicie udawać się na drugi koniec galaktyki. Prezentowane przepisy to powszechnie znane potrawy ze zmienionymi nazwami. Któż jednak nie chciałby spróbować takich specjałów jak Hoth Chocolate czy Captain Kirk's Plomeek Soup?
Jesli interesuje was co jedzą astronauci, powinniście sięgnąć po The Astronaut's Cookbook: Tales, recipes and more  autorstwa panów Bourland i Vogt. Dowiecie się z niej o typach jedzenia, spożywaniu posiłków w mikrograwitacji, a potem będzie mogli spróbować swoich sił w kuchni i przygotować któreś z dań. Powyższe książki są dostępne na Amazonie w wersji papierowej i cyfrowej.

W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w semolinie

Większość czytelników tego bloga, nie chciałaby nawet znaleźć się w pobliżu żywego karalucha, nie mówiąc już o wsadzeniu go do ust. Tymczasem owady są tanim i ekologicznym źródłem białka, a do tego ponoć nieźle smakują. Jeśli pokonacie swoje uprzedzenia, możecie sięgnąć po którąś z licznych książek kucharskich. The Insect Cookbook: Food for a Sustainable Planet  jest wspólnym dziełem dwóch entomologów i szefa kuchni. Poza przepisami znajdziecie w niej sporo ciekawostek i ładne zdjęcia. Używane egzemplarze są dostępne na Amazonie za około 14 dolarów.
Zasmakowało? Możecie zatem samodzielnie zabrać się za hodowanie jadalnych owadów. Pomoże wam w tym książka Danielli Martin Edible: An Adventure into the World of Eating Insects and the Last Great Hope to Save the Planet (około 6 dolarów za używaną papierową wersję).
The Eat-a-Bug Cookbook, Revised  Davida Gordona to odświeżona wersja niezbędnika owadożercy, dostępna już za około 10 dolarów w wersji na Kindle.
Na liście znajduje się też jedna krajowa pozycja: Podręcznik Robakożercy Łukasza Łuczaja, dosyć często pojawiająca się na Allegro w cenie 18 złotych.
 

Mordercy, koty i padlina

Na koniec zostawiłam trzy najdziwniejsze lektury. The Original Roadkill Cookbook Bucka Petersona to dosyć zabawna pozycja. Ciężko mi sobie wyobrazić naszych rodaków jedzących zwierzęta zabite przez pojazdy, ale najwyraźniej w Stanach nie jest to takim tabu, bo na rynku znajduje się aż kilka książek z przepisami. Jeśli marzycie o rozjechanym oposie na obiad, to możecie kupić książkę za około 8 dolarów. Oczywiście wszystkie przepisy sprawdzą się także w wersji z mięsem ze sklepu.
Choć tytuł Meals to Die For Briana Price może wywołać mylne skojarzenia ze specjałami z przewodników Michelin, to jest to w rzeczywistości publikacja o ostatnich posiłkach więźniów skazanych na śmierć. Price, który sam siedział za kratkami, przygotował prawie 200 dań na takie okazje. W jego książce znajdziecie opisy zbrodni, zdjęcia policyjne oraz - rzecz jasna - potrawy dla skazanych. Wersja elektroniczna do nabycia za około 12 dolarów.
Ostatnie dzieło na liście jest na szczęście dużo lżejszego kalibru. The Kitty-Cat Cookbook: Special-Occasion Recipes to Brighten Your Cat's Life autorstwa Barbary Ellen Benson powinna znaleźć się na półce każdej miłośniczki/miłośnika kotów. Przystawki, główne dania, zapiekanki, a nawet cheeseburger, to tylko niektóre dania, którymi możecie uraczyć swoje futrzaki. Do tego w środku znajdziecie urocze ilustracje i kocie ciekawostki. Ceny zaczynają się od 40 dolarów na Amazonie.
Mam nadzieję, że powyższe pozycje nie odbiorą wam apetytu, a być może niektóre z nich zachęcą do eksperymentowania z gotowaniem. Jeśli macie do polecenia jakąś oryginalną książę o tematyce kulinarnej, to zostawcie komentarz.

Wszystkie okładki pochodzą z Amazona

2 komentarze: