Na gastro / Na Lato

lutego 24, 2016 KochamJesc 0 Comments


Moja warszawska gastro-wyprawa zakończyła się na ulicy Rozbrat 44a w restauracji Na Lato. Miejsce utrzymane jest w eklektycznym stylu: szczypta industrialu, szeroki bar, wnęka z psychodelicznymi kanapami, z zimowego ogródka widok na  park. Jak wieść niesie, ta restauracja lubiana jest przez wszelkiej maści hipsterów i celebrytów. Podczas mojej wizyty naliczyłam trzy twarze regularnie pojawiające się na Pudelku. A ponieważ przyszłam karmić się dobrym jedzeniem, a nie ploteczkami, więc szybko zabrałam się za przeglądanie karty.
 

Ilość pozycji jest imponująca. Spory wybór śniadań: od kanapek i jajek na przeróżne sposoby, poprzez granolę, kaszę, tosty. Dla kapryśnych jest kilka dodatków. Poza śniadaniami znalazła się w menu przyzwoita ilość przystawek (m.in. deska antipasti, carpaccio, foie gras i puree z pigwy). Na mniejszy głód są jeszcze bruschetty i panini. Przechodzimy do dań głównych. Tutaj dla każdego coś miłego, czyli raviolo, bouillabaisse, łosoś, jagnię, kurczak i pieczony boczek. Do tego jeszcze 17 rodzajów pizzy i desery. Ilość napojów z procentami (i bez) także jest ogromna - od herbat, kaw, smoothies, koktajli, poprzez wina, szampany, rumy, likiery, wódki, whisky. Wszystkie potrawy opatrzono numerkami, a w połowie menu umieszczono wykaz alergenów, za co jest wielki plus. Opisy dań były co najmniej zachęcające, więc postanowiłam ze znajomymi spróbować ile tylko się da :)
 

Mimo dosyć sporej ilości ludzi zostaliśmy sprawnie obsłużeni. Na początek wjechała sałatka z kozim serem, pieczonym burakiem, marynowaną gruszką i pestkami dyni (25 zł). Mam wrażenie, że burak w ubiegłym roku znajdował się chyba w połowie dań jakie zamawiałam. I słusznie, bo jest pyszny i zdrowy. W wersji, w jakiej zaserwowano go w "Na Lato" również okazał się być wyśmienity. Po sałatce pojawił się pieczony boczek z karmelizowanym jabłkiem i puree szałwiowym (39 zł). Jeśli czytaliście mój poprzedni wpis, to wiecie o co chodzi z niesmacznym puree z rukolą. Na szczęście wersja z szałwią była pyszna. Da się? Da się. Ostatnia pojawiła się pizza z owocami morza (39 zł). Ciasto było cienkie i chrupiące, owoce morza świeże i smakowite. Na pochwałę zasługuje też doskonale doprawiony sos pomidorowy. Pizza serwowana jest w jednym rozmiarze, mniej więcej średnicy dużego talerza, więc jest to opcja co najwyżej dla dwóch niezbyt głodnych osób.

Po daniach głównych przyszedł czas na desery. Tarta czekoladowa z lodami kokosowymi oraz popcornem i orzechami w karmelu (19 zł), była strzałem w dziesiątkę. Pozornie skromna porcja z jedną kulką lodów okazała się być dosyć treściwa, a przy okazji świetnie smakowała. Mus mandarynkowy z żółtym burakiem (znowu!), krwistą pomarańczą i sorbetem z mango (17 zł) nie pozostał w tyle za tartą. Żeby nie było za pięknie, wtopą okazał się sernik z sorbetem malinowym (19 zł). Nie było w nim rzecz jasna szkła, kamieni ani trutki na szczury, ale nie był też w smaku sernikiem. Koleżanka, która go zamówiła, zostawiła większość na talerzu, bo nastawiała się na coś zupełnie innego. Obiektywnie rzecz biorąc, deser nie był zły; za to może powinien figurować w menu jako coś innego niż sernik.
 

Podsumowując, mój lunch był wyjątkowo udany. Jako krakowski centuś muszę zwrócić uwagę na dosyć wysokie ceny. Ponieważ było nas siedem osób, więc do rachunku doliczono też 10% wartości za serwis, do czego wypadało jeszcze zostawić napiwek. Jest to moja jedyna uwaga (oprócz Afery Sernikowej), ponieważ obsługa była na poziomie, a jedzenie świetne. Menu na stronie lub fejsie



0 komentarze:

Przez żołądek do serca / Miłość

lutego 14, 2016 KochamJesc 0 Comments



Klub, kawiarnia, bar, sklep - z ich połączonych mocy powstała Miłość na Kredytowej 9. Miejsce zaskarbiło sobie wielu miłośników, ale (patrząc na opinie na w sieci) wywołuje też sporo kontrowersji. Lokal dosyć szybko wylądował na mojej liście klubokawiarni do sprawdzenia. W któryś wolny weekend przybyłam, zobaczyłam i zamówiłam.

Jak na sobotnie popołudnie w Miłości było zaskakująco pusto. Zajęłam z przyjaciółką najwygodniejszą kanapę naprzeciw baru, skąd miałyśmy też niezły widok. Design zdecydowanie na plus: prosto, surowo, nowocześnie. Sterylne wrażenie przełamuje ogromna ilość zieleni (jedna ze ścian jest praktycznie cała pokryta roślinnością), kolorowe winyle i książki na półkach przy barze.
Co można zjeść? Do wyboru śniadania, lunche (te zmieniają się regularnie), weekendowe brunche oraz dania z dosyć skromnej karty. Duży wyborów napojów. Szefem kuchni jest Jakub Kaftański, który - jak przyszło mi się szybko przekonać - na pewno włożył sporo miłości w komponowanie dań.

Obsługa lokalu była miła. Szybko dostałyśmy karty i złożyłyśmy zamówienia. Skusiłyśmy się na risotto z krewetkami, grzybami shimey i portobello, wędzonym porem, estragonem i chipsem z pora (29 zł) oraz boczek sous vide z sosem pieprzowym, puree z rukolą, chipsem z pietruszki i karmelizowaną pietruszką (28 zł). Do popicia wybrałyśmy koktajle (16 zł). O ile ceny dań nie wydawały mi się wygórowane, o tyle koktajle nie były najtańsze. Jednak gdy pojawiły się na stoliku, okazało się, że nie są małe, a do tego smakowały wyśmienicie.

Posiłki podano nam dosyć szybko, na co pewnie miał wpływ brak ruchu. Jeśli chodzi o estetykę dań, to swobodnie daję 10/10. Risotto uformowane w cylindryczny kształt prezentowało się apetycznie, ale porcja wydawała mi się rozczarowująco mała. Ostatecznie po jej skończeniu nie miałam już miejsca na deser - i tu sprawdziło się powiedzenie, by nie oceniać książki po okładce (a risotta po kształcie). Co do samej potrawy, miała ona dosyć kleistą konsystencję (tak, to jest w tym przypadku plus), a grzyby i krewetki były wyśmienite. Boczek wypadł trochę gorzej w zestawieniu z poprzednim daniem: był pięknie podany i smaczny, ale puree z rukolą okazało się dziwnym połączeniem. Spodziewałyśmy się czegoś w rodzaju przetartych ziemniaków z musem rukolowym, a dostałyśmy papkę niczym z wypadku samochodowego, którego ofiarami były ziemniak i nieszczęsna roślina. Żeby oddać sprawiedliwość kucharzowi, reszta dania była pyszna.
Z bólem serca zrezygnowałam z deseru (panna cotta i ganasz czekoladowy), bo mogłabym go jedynie pożerać oczami. Na pewno nie odmówię go sobie podczas następnego wypadu do Warszawy.
Wizytę na Kredytowej zaliczam do udanych. Jak we wszystkich pięknych historiach ze szczęśliwym zakończeniem, Miłość zwyciężyła :)

0 komentarze:

Niebo w gębie / Odette

lutego 09, 2016 KochamJesc 0 Comments


Czy istnieje miłość od pierwszego wejrzenia? Kiedy na fejsbuku mignęło mi polubione przez znajomego zdjęcie słodkich arcydzieł z Odette, wiedziałam, że to nie jest zwykłe zauroczenie. Odwiedziny w warszawskiej cukierni znalazły się na mojej prywatnej piramidzie Maslowa gdzieś pomiędzy bezpieczeństwem, a potrzebami fizjologicznymi. W ubiegły weekend wreszcie przekroczyłam bramy piekła dla ludzi na diecie.
 
 
Odette ma w Warszawie dwa lokale: na ulicy Twardej 4 i ulicy Górskiego 6. Ja na początek wybrałam drugi adres. Miejsce utrzymane w klimacie retro samo trochę kojarzy się z ciastkiem, albo domkiem dla lalek. Wszechobecny pastelowy błękit, złote ozdoby, ściana z kinkietami tworzą przytulny klimat i są miłe dla oka. Po prawej stronie od wejścia, za przeszklonymi drzwiami widać cukierników przy pracy. Na sali raptem kilka stoliczków - na szczęście udało mi się z przyjaciółką dorwać ostatni wolny.
Gablota przy barze skrywa słodkie cuda, który na pierwszy rzut oka wyglądają raczej jak awangardowe rzeźby. Niby czekolada, a przypomina polerowany mahoń; na jakimś ciastku złote płatki - nie wiadomo, czy lepiej to zjeść, czy postawić na kominku w formie ozdoby.

Mój wybór padł na Madagaskar o idealnie gładkiej powierzchni mieniącej się złotymi drobinkami. Gdyby fizycy stworzyli pojęcie ciała doskonale czekoladowego, to Madagaskar byłby jego modelem. Lśniąca, niemalże czarna kopuła kryła w sobie mus o smaku gorzej czekolady i chrupiący spód. Następne w kolejce pojawiło się cudo o nazwie Ipanema - mus z orzechów laskowych, cremeux marakujowe, biszkopt moelleux, glasage pralinowy. Jeśli nic wam nie mówią te francuskie terminy, to równie dobrze możecie je zastąpić słowem "pycha". Na wynos zabrałam jeszcze dwa ciastka: Rouge (biszkopt kakaowy, galaretka malinowa z liczi i różą, mus z wanilią z Madagaskaru, sable) i Red Fruit (żel owocowy).
 

Oczywiście tych ochów i achów nie wydawałabym z siebie, gdyby słodkości z Odette były tylko ładne. Trafiałam już na cukiernie oferujące piękne praliny o nijakich smakach, praktycznie nie różniących się od siebie. W Odette miło się rozczarowałam - intrygujące tekstury (kruche biszkopty, musy, pianki, galaretki) i ciekawe połączenia smaków tworzyły apetyczną całość. Te cztery ciastka, które miałam okazję spróbować były pyszne, a jednocześnie każde z nich smakowało inaczej. Jedno jest pewne - Odette będzie stałym punktem programu podczas moich kolejnych wypraw do stolicy.
 

0 komentarze:

50 twarzy pieroga / Mr Vincent

lutego 05, 2016 KochamJesc 0 Comments




Nie wiem, czy właściciele pierogarni Mr Vincent kochają impresjonizm, czy może raczej odcięte ucho Van Gogha skojarzyło im się z pierogiem. Tak czy inaczej, lokal na ulicy Bożego Ciała urządzano w duchu prac wielkiego holenderskiego artysty: dużo żółci i błękitów, sufit pomalowany we wzory, od których można dostać oczopląsu i reprodukcje obrazów na ścianach. Miejsce jest schludne i przestronne. Mimo, że powierzchnia nie jest duża i znajduje się na niej raptem pięć stolików, to nie jest tam ciasno. W Krakowie nie brakuje pierogarni - większość z nich kojarzy mi się ze zwykłymi barami mlecznymi, w najlepszym wypadku urządzone są w stylu pseudo-karczm. Na ich tle Mr Vincent prezentuje się dosyć oryginalnie.

Z pięćdziesiątką w nagłówku trochę się zagalopowałam, ale trzeba przyznać, że 35 rodzajów pierogów do wyboru to całkiem imponująca ilość. W menu, poza klasykami (chłopskie, cztery rodzaje ruskich, kapusta i grzyby) można znaleźć kilka oryginalnych smaków (m.in. kasztelańskie z kurkami, z jagnięciną, z łososiem, z piekła rodem - farsz przypomina burrito, sycylijskie). Jest spory wybór pierogów na słodko oraz bezmięsnych. Do zamówienia można dobrać skwarki (prawdziwe, chrupiące skwary, a nie jakiś gumowaty twór), albo masło zwykłe lub ziołowe.



Chętni na kulinarne eksperymenty mogą wziąć po pół porcji różnych smaków, albo zamówić któryś z mixów (owocowy, jarski , mięsny). Zamówienia można także brać na wynos.
Zazwyczaj nie musiałam czekać długo na swoją porcję.Same pierogi są na piątkę z plusem - ciasto się nie klei, farsz jest świetnie doprawiony. Na talerzu zazwyczaj dostajecie 10 średniej wielkości pierogów , ale po takiej porcji nikt nie powinien być głodny.
Ceny wahają się od 12 do 18 zł. Kwoty są nieco większe niż w przeciętnym barze mlecznym, ale też jakość i wybór deklasuje konkurencję.
A teraz czas na minusy. Drobnym zgrzytem był samotny pierog z kaszanką w moim jarskim zamówieniu. Właściwie to dla mnie był to pierogowy uśmiech losu, bo wypróbowałam dodatkowy smak i jem mięso, ale domyślam się, ze wegetarianin nie chciałby znaleźć takiej niespodzianki na talerzu.

0 komentarze: