Alicja w Krainie Serów i po drugiej stronie Pizzy / Livigno

kwietnia 21, 2016 KochamJesc 0 Comments


Za górami, za lasami, przy granicy ze Szwajcarią leży mała włoska miejscowość Livigno. Jej mieszkańcy bywali przez przez dziewięć miesięcy w roku odcięci od świata z powodu śniegu, do czasu aż w 1965 wybudowano tunel prowadzący do miasteczka. Ponieważ oglądanie szczytów, wypasającego się bydła i kamieni jest na dłuższą metę nudne, a Internetu nie znano w XVI wieku,  miasteczku zaczęło grozić wyludnienie. Na szczęście przyjechał tam król i fachowym okiem ocenił, że w tej malowniczej dziurze nie da się żyć bez jakiś atrakcji, więc uczynił Livigno strefą wolnocłową. Wtedy jak za dotknięciem magicznej różdżki obory zamieniły się w butiki Cavalli i sklepy z tanim alkoholem, a na stokach zaroiło od amatorów białego szaleństwa (śniegu i tego drugiego pewnie też). To tyle, jeśli chodzi o historię (zasłyszaną zresztą na stoku).
Pierwszą rzeczą, na jaką zwróciłam uwagę po przyjeździe na miejsce, był aromat drewna i pizzy wyczuwalny w powietrzu. Praktycznie co drugi lokal w miejscowości zachęca szyldem z napisem "pizza" i ku mojej radości wszędzie serwuje się ją równie dobrą. Podczas swojego urlopu odwiedziłam kilka lokali, także zwykłą budę z kawałkami pizzy na wynos - smakowała równie dobrze jak w krakowskiej Nolio. Cienkie ciasto, świetne sery (miejscowość z nich słynie), do potraw podawanee aromatyczne oliwy - czego więcej chcieć? Najczęściej odwiedzanym przez nas lokalem był Bait dal Ghet, przed którym zawsze stał ogonek ludzi czekających na stolik. Właściciel nie dawał oczekującym się zniecierpliwić i częstował aperol spritzem i innymi napojami z procentami. Z rzeczy nie nadających się do konsumpcji (chociaż tu można by dyskutować) najbardziej podobał mi się podstarzały barman o wyglądzie miłośnika sado-maso, który codziennie miał koszulkę z jakimś sprośnym obrazkiem:) Obsługa w tym miejscu w ogóle jest na piątkę z plusem - kelnerzy są sympatyczni, znają nawet jakieś zwroty po polsku, szybko uwijają się z zamówieniami. Pizza w Bait dal Ghet nie jest droga (przykładowo Margherita kosztowała 5,5 Euro) i wystarczy dla dwóch umiarkowanie głodnych osób. Po po skończonym posiłku możecie być pewni, że gumowata polska wersja z przyschniętymi pieczarkami już zawsze będzie wam stawała w gardle. Testowaliśmy też makarony - duże i smaczne porcje nie odbiegały jednak jakoś bardzo jakościowo od tego co można zjeść w Polsce. 
Kolejną godną polecenia świątynią pizzy jest Birrificio Livigno. W przeciwieństwie do tłocznej i nieco przaśnej Bait del Ghet, Birrificio ma nowocześniejszy wystrój i jest tam trochę więcej miejsca. Lokal serwuje swoje własne piwo, a jako starter klienci dostają orzeszki ziemne, których łupiny lądują później na podłodze. Ceny nieco wyższe, ale wciąż przystępne.
Co jeszcze trzeba spróbować podczas pobytu w Livigno? Nie wypada opuścić miejscowości bez wypicia Bombardino. Podawany na ciepło drink z ajerkoniaku i brandy zwieńczony bitą śmietaną można dostać praktycznie wszędzie. W lokalach na szczytach gór kosztuje oczywiście dwa razy więcej niż w dolinie i jest trochę podejrzanie rozcieńczony, za to w cenie są przepiękne widoki. 
Praktycznie każdy sklep oferuje obłędne sery i wędliny, a także sporo innych przysmaków, których raczej nie znajdziecie w osiedlowym supermarkecie. My przywieźliśmy m.in. konfitury z kasztanów, pesto w różnych smakach, aromatyzowane oliwy. O alkoholach za połowę polskich cen nie muszę wspominać - każdy urlopowicz zapakował w drogę powrotną ile tylko się dało.
Dla miłośników nabiału obowiązkowym punktem na mapie atrakcji jest Latteria di Livigno (czyli po prostu mleczarnia). Zakład ma ponad 60-letnią historię. Można w nim zobaczyć jak wygląda produkcja i składowanie sera, obejrzeć kiczowata alpejską dioramę z wypchanymi zwierzętami, lub udać się na taras widokowy. Do dyspozycji jest jeszcze restauracja, stoisko z lodami (nieprzyzwoicie pyszne) oraz sklepy z pamiątkami i nabiałem. W tym serowym raju udało nam się trafić na tylko jedną dziwną rzecz. Skusiliśmy się na Saron - cytrynowy napój na bazie serwatki (w końcu 60 eurocentów to nie pieniądz) - i chyba nikomu on nie smakował. Na początku sprawiał wrażenie przesłodzonej lemoniady, a po przełknięciu pozostawiał ciężki, mleczny posmak. 
Za rok wracam tutaj na pewno zjeść jeszcze więcej pizzy. Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości 23 DOGMA.

0 komentarze: