Majówka Gastropotwora / Berlin

maja 21, 2016 KochamJesc 0 Comments


Europejską stolicę techno i currywurst opuściłam z nadbagażem w postaci dodatkowych kilogramów. Oczywiście niespełna cztery dni wystarczyły na odwiedzenie jedynie ułamka interesujących miejsc, dlatego też poniższy wpis należy potraktować jako przystawkę przed kolejną wycieczkę do Berlina. Ponad 15% populacji blisko 3,5 milionowego miasta stanowią mniejszości etniczne, co w praktyce oznacza, że można spróbować kuchni z prawie 190 krajów. Z tej ogromnej liczby uszczknęłam ile miejsca starczyło w żołądku. Zapraszam do czytania :)

Księga tysiąca i jednego kebaba

Nasz hostel znajdujący się w dzielnicy Moabit był zewsząd otoczony lokalami ze specjałami kuchni (nie tylko) tureckiej. Praktycznie za każdym rogiem znajdował się jakiś fast food z döner kebabem, burkiem i falafelem, restauracja czy sklep z orientalnymi przysmakami. Obowiązkową pozycją podczas wycieczki do Berlina jest oczywiście döner kebab, który nie przypomina tych serwowanych w Polsce. Jest nieporównywalnie lepszy, smaczniejszy i niedrogi. Niezliczone sklepiki ze słodyczami oferują cuda, których nazw nawet nie jestem w stanie spamiętać. Postawiłam na sprawdzoną baklawę i za 1 ojro zafundowałam sobie wycieczkę na Bliski Wschód
Cudowna, tłusta baklawa z pistacjami

I love ya baby but all I can think about is currywurst

Kiełbasa to nasz ziemski nektar i ambrozja, nikogo chyba nie muszę do tego przekonywać. W 1949 roku Herta Heuwer wpadała na pomysł, by grillowaną wieprzową kiełbasę pokroić, posypać curry i polać sosem pomidorowym z przyprawami (dwa lata później opatentowała swój sos Chillup). Potrawa, nazwana po prostu currywurst, podbiła serca i żołądki Niemców. Obecnie można kupić ją praktycznie wszędzie, każdy sklep z pamiątkami sprzedaje magnesy i przypinki z currywurstem, a w 2009 otwarto w Berlinie oficjalne muzeum currywurst. Pokarm bogów serwowany jest najczęściej z bułką lub frytkami. Jadłam wersję za 1,5 euro ze zwykłej budki z fastfoodem i mimo dyskusyjnego wyglądu potrawy, okazała się być ona pyszna. W pobliżu Alexanderplatz kupiłam wersję posh za 3 euro: była nieco większa, lepiej przysmażona i jeszcze smaczniejsza. Niestety jest tutaj trochę jak ze śpiewem mitycznych syren - któ raz go usłyszał, nie przestaje myśleć o ich wyspie, a kto raz zjadł currywurst, chce szybko druga porcję!

Dim Sum? Why Not Dim All?

W mieście, w którym obywatele Chin, Wietnamu, Tajlandii i Korei Południowej stanowią spory odsetek mieszkańców nie sposób nie wybrać się na specjały kuchni azjatyckiej. Padło na dwa miejsca. Pierwszy lokal - Yumcha Heroes - znajduje się pod adresem Weinbergsweg 8 i jest typową knajpką z chińskimi pierożkami na parze. No może nie takim typowym, bo wnętrze było zdecydowanie nowocześniejsze niż w przeciętnym lokalu serwującym kuchnie azjatycką. W karcie spory wybór napojów bez- i alkoholowych oraz mnogość dim sumów, a  także zupy, sałatki, żeberka i desery. 
Na naszym stole pojawiły sie pierożki z wieprzowiną, czarne z wołowiną (pyszne), krewetkami i w wersji wege. Każda porcja kosztowała 6,5 euro i składały się na nią cztery solidnej wielkości zawiniątka z wyśmienitym farszem. Z napojów najbardziej przypadły nam do gustu świeże soki (liczi z melonem <3). Obsługa lokalu była dosyć specyficzna. Przy rozdzielaniu rachunku pojawił się jakiś problem i kelnerka wyglądała na  niezadowoloną i coś wykrzykiwała w swoim języku do współpracownika. Może to była tylko kwestia umiarkowanej znajomości angielskiego czy różnic kulturowych. Ostatecznie rozliczył nas inny pan i udało się zakończyć posiłek w miłej atmosferze.
Drugim miejscem z azjatycką kuchnią (w tym przypadku wietnamską) była knajpka Hoan Kiem na Jonasstraße 4. Przyjemny lokal urządzony w orientalnym stylu, z wnętrzem wykończonym w ciemnym drewnie zapewniał całkiem intymną atmosferę. W menu pozycje nie obciążające portfela: dania zaczynają się od 1,8 euro za zupy, a kończą na 11,9 euro (kaczka Vit Tom, kurczak z wołowina, tofu i krewetkami Zao Thap Cam). Wybralismy curry z kurczakiem (6,5 euro) i smażony makaron z warzywami i krewetkami (7,9 euro) - obie porcje spore, ładnie podane i przede wszystkim pyszne.

Jak kuchnia meksykańska, to tylko w̶ ̶M̶e̶k̶s̶y̶k̶u̶ na Kreuzbergu

Kreuzberg to nie tylko imprezownie i mili dilerzy, usiłujący ci wcisnąć narkotyki za każdym rogiem, ale także wyśmienite miejsce dla wiecznie głodnych. Streetfood Santa Maria ma w Berlinie dwa lokale, z których zaliczyliśmy ten pod adresem Oranienstraße 170. Taco, quesadilla, burrito, enchillada, alambre i drinki - ciężko się było na coś zdecydować. Między 12 a 16 lokal serwuje zestawy lunchowe w dobrych cenach, które zawierają też napój bezalkoholowy oraz przystawkę lub zupę. Wybraliśmy zestaw z burrito (wersja z wołowiną oraz kurczakiem) i margarity do picia. 
Na początek wjechała przystawka - chipsy z sikil p'aakiem (pikantny dip z podsmażanych pestek dyni, pomidorów, kolendry i papryki habanero). Porcja niby mała, ale bardzo sycąca. Po chwili pojawiły się zamówione burrito. Klasyk z wołowiną, fasolą i przyprawami był smaczny, ale o dziwo wypadł dużo gorzej niż burrito z kurczakiem duszonym w pomidorach, z chipotle, czosnkiem i warzywami. Posiłek kosztował nas 10 euro od osoby (plus alkohole) i nie mogliśmy po nim wstać od stołu.

Ich liebe Gluten

Śniadania jadłam najczęściej w którejś z licznych berlińskich piekarni. Większość lokali ma stoliki dla klientów, a kanapki i ciastka kupowane nawet w ciemno okazywały się świeże i smaczne. Razem z obowiązkową poranną cafe latte cena zestawu zazwyczaj nie przekraczała 4,5 euro. Moim faworytem było zwykłe brownie, takie jak te, które można kupić w wielu polskich piekarniach-sieciówkach; z tą różnicą, że za każdym razem dostawałam przepyszne, nieco wilgotne ciasto z prawdziwą czekoladą. 

Pozostaje tylko powiedzieć...


0 komentarze: