Trochę kulinarnej magii / Alchemia od Kuchni

czerwca 16, 2016 KochamJesc 0 Comments


W Krakowie co rusz pojawiają się nowe kluby i restauracje. Niektóre znikają, zanim klientela zdąży się w nich na dobre zadomowić. Są na szczęście stałe elementy miejskiego krajobrazu, niewzruszone niczym kości mamuta na Wawelu lub krakowski smog. Takim miejscem jest Kazimierzowska Alchemia. Znajdująca się na rogu Placu Nowego i Estery klubokawiarnia przypomina trochę wnętrze antykwariatu: spowite w półmroku sale wypełnione są starymi fotografiami, nad barem piętrzą się laboratoryjne szkła, stare księgi, wypchany gad szczerzy zęby do klientów. Piwnica klubu gościła już fanów teatru, ciężkich brzmień czy dobrych techniawek. Ciężko znaleźć Krakusa, który nigdy nie wybrał się w to miejsce. No ale miało być o jedzeniu, więc przechodzimy do apetycznych konkretów.
 

Trzy lata temu klubokawiarnia powiększyła się o przyległy lokal na Estery 5, w którym powstała Alchemia od Kuchni. Niewielka restauracja wygląda zupełnie inaczej niż jej starsza siostra zza ściany. Wnętrza są nowoczesne, industrialne - na białych kafelkach wielkie logo przypominające tajną masońską pieczęć, proste drewniane stoliki, w rogu wygodne kanapy, a nieopodal wejścia wisi wypchana głowa jelenia, który swoimi szklanymi obojętnymi oczami ogląda hipsterów wcinających śniadania.
 

W karcie dania z całego świata. Lokalne składniki, lunche dnia i dania sezonowe podbiły nasze serca. Do 12 można zamówić śniadania. Ceny wahają się od 9 do 19 zł,a opcji jest sporo - na słodko, na słono, dla mięsożerców jak i wegetarian. Przekąski są dosyć treściwe. Obwarzanek z sosem pomidorowym, pikantnym salami, serem regionalnym i sosem farmerskim kosztuje 14 zł, ale nie pozostawia wiele wolnego miejsca w żołądku. Wyjątkowo smaczne, choć nie najtańsze (17 zł) są szparagi z jajkiem w koszulce, sosem holenderskim i pieczywem.
Oprócz zupy dnia w menu znajduje się jeszcze tajska tofu tom yum (15 zł wege, 17 zł wersja z kurczakiem lub 18 zł wersja z krewetkami). Jest to jedna z najlepszych rzeczy, jakie można dostać w lokalu i przy okazji w bardzo dobrej cenie. Porcja jest na tyle duża, że po zupie już nie trzeba niczego więcej zamawiać. Nie jest bardzo pikantna, choć to moje subiektywne odczucie. Łatwo się od niej uzależnić :)
Pod hasłem "street food", kryją się hummus i falafel (19 zł); fish and chips, czyli dorsz w cieście piwnym  z domowymi frytkami i sosem tatarskim (pychota za 19 zł), pulled pork sandwich i pad thai (także w wersji wege, z kurczakiem bądź krewetkami). Dania z grilla serwowane są z frytkami i sałatką colesław. Do wyboru burger klasyczny (25 zł)  i z halloumi (26 zł), steki wołowe i wieprzowe, kurczak cajun. Za dodatkową opłatą cztery sosy. 
 

Na koniec cztery dania główne: super food salad (26 zł), zielone tajskie curry (26 zł, wersja wege - zupełnie inna niż to co jadałam w podobnych lokalach, ale bardzo smaczna), gulasz szegedyński (27 zł) i dorsz ze szparagami i jajkiem w koszulce (31 zł, rewelacja). Jeśli kogoś odstraszają ceny dań głównych, to może skusić się na lunch dnia - codziennie jest to coś innego, a w cenie znajduje się zupa.
W temacie dań sezonowych - spieszmy się je żreć, tak szybko znikają! Jak widać, na zdjęciach w tym wpisie najczęściej pojawia się deser Eton Mess - słodkie tornado z kawałków bezy, bitej śmietany i świeżych truskawek. Zamawiam przy każdej okazji, gdy jestem na Kazimierzu. Warto zaglądać na fejsa Alchemii od Kuchni, bo na bieżąco informują o lunchach i okazjach. 

0 komentarze:

Prawdopodobnie najlepszy street food w Krakowie / Curry up!

czerwca 14, 2016 KochamJesc 0 Comments


Były sobie dwa Rafały, jeden duży, drugi...no nie mały, ale niższy:) Jeden zdobywał kucharskie szlify w Indiach, drugi spędził kilka lat w Londynie, gdzie zaliczył m.in. restaurację Jamie Olivera i mieszkał u indyjskiej rodziny. Z połączonych mocy obu Rafałów powstało Curry up! - bistro z kuchnią azjatycką. Tyle tytułem wstępu. W praktyce Kraków wzbogacił się o jeden z fajniejszych lokali z przepyszną i niedrogą kuchnią.
Lokal na Krakowskiej 29 jest mały - mieści raptem trzy stoliki. Przed wejściem nie raz tworzy się kolejka, a część klientów od razu zamawia jedzenie na wynos. Jeśli szczęśliwym trafem uda się się zasiąść w środku, można posłuchać zwariowanej muzyki rodem z bollywoodzkich filmów, lub pooglądać zdjęcia klientów wiszące na ścianie. Jeśli chodzi o obsługę, to nie wiem czy wpadli w dzieciństwie do kociołka z magicznym napojem, czy wspomagają się innymi magicznymi substancjami ( ͡° ͜ʖ ͡°) ale są najbardziej energicznymi i przyjaznymi ludźmi w tym mieście. Podczas każdej z moich licznych wizyt uśmiech nie schodził im z twarzy, uwijali się z zamówieniami w niesamowitym tempie, a do tego mieli czas doradzać klientom. 
W menu coś na mały i duży głód. Do wyboru cztery dania z ryżem: Dal Tadka (12 zł), Chole Masala (13 zł), klasyk Butter Chicken (17 zł)  i mój faworyt Baigan Murgh Masala (17 zł). Porcje są spore, ryż idealnie sypki, jedzenie doskonale doprawione. Za mało kulinarnych wrażeń? Do dyspozycji są jeszcze sosy chutney. Na mniejszy głód można sobie zafundować sałatkę Bhel Puri (6 zł), smażoną cebulę Onion Bhaji (7 zł), marynowane i smażone kawałki kurczaka Chicken 65 (10 zł), lub wegetariańską przekąskę Aloo Tikki Chole (10zł). Ostatnia pozycja to mój nr 1 - chrupiące ziemniaczane placuszki w aromatycznym, pomidorowym curry, posypane chrupkami sev i kolendrą są po prostu rewelacyjne. 
Chociaż w moim odczuciu ostrość potraw jest dostosowania do europejskich podniebień, zdarza się, że klienci najchętniej wezwaliby straż pożarną.  Do akcji wkraczają wtedy napoje: jogurtowe lassi (wersja mango lub różana, 7 zł), albo zimna herbata oolong (5 zł). Dla mniej wrażliwych pozostają gorące herbaty i kawa po wietnamsku. 
Nie ma co się specjalnie dalej rozpisywać. Miłośnicy dobrego street foodu doskonale znają lokal na Krakowskiej 29. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie byliście w Curry up!, albo nie przepadacie za kuchnią indyjską, to macie najlepszą okazję by zmienić zdanie.

0 komentarze: