Palemki, Prosecco i Wehikuł Czasu / Palmier

sierpnia 31, 2016 KochamJesc 0 Comments


Ta Warszawa potrafi dać czasem człowiekowi w kość. Imprezy, nocne markety, pokazy mody, serialowe gwiazdy chałturzące w centrach handlowych - a rano patrząc w lustro zastanawiamy się, kim jest ten degenerat po drugiej stronie szklanej tafli. Na szczęście na stołecznej mapie znajduje się miłe, pełne zieleni miejsce w którym można zregenerować się dobrą kuchnią i zdrowymi koktajlami. Nie jest to klinika odwykowa dla zblazowanych celebrytów, ale Palmier: cafe brasserie bar na Żurawiej 6.
Po przekroczeniu progu przywitało mnie piękne wnętrze w stylu art deco: złote palmy, gąszcz kojącej zieleni, pastelowo błękitne ściany i fotele, retro meble, marmurowe blaty. Oczy cieszy mnóstwo uroczych drobiazgów, jak złocone brzegi stolików, czy żarówki Edison. Do tego w niedzielę rano w lokalu panował senny, przyjemny klimat i nie było wielu gości. Do pełni wrażenia, że przeniesiono mnie w czasy dwudziestolecia międzywojennego brakowało jakiejś Poli Negri palącej cygaretkę przy sąsiednim stoliku. Niestety dosiadła się tylko spalona na skwarek pani z ustami powiększonymi do rozmiaru koła ratunkowego. To uświadomiło mi, że nie jestem w muzeum, tylko modnej, warszawskiej knajpce i czas coś zamówić.
Wspomniany wyżej senny klimat musiał się też udzielić obsłudze, bo chwilkę na nią czekałam. Kelner był jednak bardzo sympatyczny i nie zapomniał później o moim stoliku. Po szybkim przewertowaniu karty w poszukiwaniu czegoś do picia bez alkoholu, który - jak mawiał As z Hydrozagadki  - jest największą trucizną, padło na napój o wymownej nazwie Rehab (15 zł). Mikstura, która miała nas postawić na nogi zawierała jarmuż, jabłko, cytrynę, pietruszkę, ogórek i cukinię i miała kolor mchu. Okazała się być bardzo orzeźwiająca, kwaskowata i smaczna. Poza wyżej wymienionym Rehabem było w sumie w czym wybierać, bo w karcie były koktajle, smoothies, świeże soki, kawy, herbaty. 
Menu śniadaniowe kusiło takimi pozycjami jak granola z jogurtem limonkowym, bazylią i owocami sezonowymi (18 zł); tostami na różne sposoby (12-14 zł); omletem z dodatkami do wyboru (14 zł), brioche na słodko (16 zł), policzkami wołowymi (19 zł), puddingiem chia (16 zł), owsianką z kaszą quinoa i mlekiem migdałowym (15 zł)  czy jajem po benedyktyńsku z dodatkami (15 zł). Jako śniadanie można było zamówić także tartiny: dla mięsożerców - rostbef, piklowane szalotki, sałata frisse, kalarepa (14 zł); dla tych mięsożernych mniej - tuńczyk, marynowany ogórek, kiełki, sos Mary Rose (15 zł); a dla zupełnie niemięsożernych - kozi ser, rukola, marynowana gruszka (14 zł). Wybór padł na opcję rybno-wegetariańską.
Tartiny były strzałem w dziesiątkę (przy czym kanapka wege trafiła bliżej środka tarczy;). Pieczywo smaczne, ser aromatyczny, tuńczyk bardzo dobry. Porcje jak widać niezbyt duże (i też nie należące do najtańszych), ale na osłodę do śniadania dostałyśmy po kieliszku Prosecco gratis. Pierwszy głód zaspokojony, co tu zatem zjeść w następnej kolejności? Może przystawkę (foie gras, kalmary baby, ślimaki, tatar po francusku), może jakąś zupę (cebulowa, bouillabiaisse), sałatkę, któreś z dań głównych (m.in.pot au feu, miecznik, brioche z pastrami wołowym)? Niestety nie dane nam się było przekonać, ponieważ przyszłyśmy do lokalu za wcześnie i nie serwowano jeszcze nic poza śniadaniami i słodkościami, na które nie miałyśmy ochoty. Tym razem trzeba było obejść się ze smakiem.
Po niedzielnej reanimacji koktajlem i tartinami mogę wystawić Palmier piątkę. Na pewno wrócę tu w najbliższym czasie spróbować głównych dań i mam nadzieję, że moja ocena tylko pójdzie w górę.

0 komentarze:

Hana Sushi / O tempura, o mung beans!

sierpnia 18, 2016 KochamJesc 0 Comments


Pojawienie się Hana Sushi w tegorocznym Przewodniku Michelin powinno być wystarczającym bodźcem do porzucenia wszelkich zajęć, wskoczenia na rower/konia/do samochodu i walenia do środka restauracji drzwiami i oknami. Mnie też nie trzeba było długo przekonywać do odwiedzin. Zapakowałam znajomych (żeby spróbować jak najwięcej potraw) i udałam się na Węgłową 4.

Restauracja jest przestronna i przytulna. Wnętrze urządzono w orientalnym stylu - są i jasne parawany w kwiaty wiśni, lampiony i szlaczki orientalnych znaków namalowane na ścianach. Klienci z pokolenia Yattaman/Generał Daimos pewnie wyłowią wzrokiem różne urocze drobiazgi - Darumę, manekineko, japońskie laleczki. Zza lady uśmiecha się do gości Taiyo Jung - szef kuchni z niemalże 20-letnim doświadczeniem, które zdobywał w Korei, Anglii i Japonii.
 
 

Na menu składają się specjały kuchni japońskiej i koreańskiej. Na dobry początek można wybrać którąś z niedrogich zup/przystawek: klasyczną zupę misoshiru (7 zł), kimchi jigae (18zł), grillowane tofu (21 zł), czy sashimi tatar (31 zł). Od 12 do 16 dostępne są opcje lunchowe (23 - 37 zł). Do wyboru kilka rodzajów bento z surówką i takuanem w zestawie, oraz sanuki udon. Za jedyne 5 zł można do zestawu lunchowego otrzymać zupę mishosiru i herbatę. Kolejne specjały, jakie czekają na wygłodniałych to sashimi (sety lub po 3 sztuki - łosoś, ośmiornica, okoń morski, tuńczyk, małże hokkigai). Mięso jest oczywiście świeże i delikatne. Wybór sushi także ucieszy najbardziej wybrednych miłośników kuchni azjatyckiej. Poza takimi klasykami jak nigiri tamago, czy sake, są też bardziej wyrafinowane połączenia: okoń morski z pastą sezamową, grillowany okoń marynowany w miso, tuńczyk w sojowej marynacie. Do tego moje ukochane gunkan maki - aż cztery rodzaje ikry.
 

Pozostałe rolki są równie ciekawe. Sushi dostępne jest rzecz jasna także w zestawach (55 - 186 zł w zależności od ilości i rodzaju). Spragnieni odkrywania innych tradycyjnych potraw mogą skusić się na któreś z dań w tempurze, koreańskie pierożki czy donburi. Ja skusiłam się tym razem na ebi-don (45 zł): koszyczek z ryżem i panierowanymi krewetkami, ugotowany z jajkiem w sosie donburi. Kolejne specjały z karty to zupy ramen i makarony udon. Na szczególną uwagę zasługuje ramen z owocami morza (32 zł): pikantny, aromatyczny, pływają w nim narutomaki (tak, to te urocze biało-różowe spiralki, które fani anime mogą kojarzyć z filmów Hayao Miyazakiego:). Udon nie pozostaje w tyle, jest słodko-słony, sycący i przepyszny. Spragnieni mięsa mogą wybrać jeszcze bulgogi (marynowaną wołowinę w sosie sojowym z dodatkami), bibimbap (dostępna także wersja wege), albo łososia lub kurczaka w sosie teriyaki.
 

Jeśli komuś zostanie jeszcze miejsce na deser, to może skusić się  na lody, ciastko ryżowe z fasolą lub w tempurze, albo ciastko z kremem z zielonej herbaty. Desery w Hana Sushi nie są przesadnie słodkie, więc stanowią idealne dopełnienie do obiadu. Ale dosyć wyliczania.
 

Mogę jeszcze dodać, że obsługa jest bardzo miła. Na dania nigdy nie czekałam długo (niezależnie od liczby gości w lokalu), nie było też problemu z wymianą niektórych składników. Podsumowując, Hana Sushi to może nie najtańsza, ale zdecydowanie jedna z ciekawszych i lepszych restauracji z kuchnią azjatycką. Ostatecznie sztućce Michelina nie przyznano za Darumę na półce :)
 

0 komentarze:

(Rico's Kitchen) Made in China / ...czyli ciąg dalszy weekendu

azjatyckiego w Poznaniu

sierpnia 16, 2016 KochamJesc 0 Comments


Z czym kojarzy wam się hasło "made in China"? Zapewne większość z was myśli o kiepskiej jakości i trzylatku dławiącym się elementem niebezpiecznej zabawki. W przypadku Made in China (dawniej Rico's Kitchen) nazwa jest dosyć przewrotna, mamy bowiem do czynienia ze świetną kuchnią i wnętrzem odległym od stereotypowych, śmierdzących tłuszczem "chińczyków".

Położona 10 minut na nogach od Starego Rynku restauracja jest przestronna i nowoczesna. Surowe, industrialne wnętrza ocieplono zdjęciami i podświetlanymi dekoracjami ściennymi. Na końcu pokaźnej sali dla klientów znajduje się bar, akwarium z potencjalnym obiadem oraz kuchnia. Szczęśliwie trafiliśmy też na wolny stolik bez uprzedniego rezerwowania. Obsługa też pojawiła się przy nim bardzo szybko.
Wcześniejsza wizyta w Warung Sumatra narobiła mi nadzieję na niższe ceny niż w Krakowie. Kiedy dostałam od obsługi menu, okazało się, że jedzenie nie jest najtańsze: zupy w przedziale cenowym 16 - 21 zł, reszta dań od 21 do 36 zł, czyli mniej więcej tak jak dania główne w krakowskich restauracjach z kuchnią azjatycką. Jakie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że... są to porcje dla kilku osób! Zjedzenie zupy w pojedynkę wyperswadowała mi miła pani z obsługi i wytłumaczyła, że jest to waza o pojemności około 2,5 litra. Na naszym stole wylądowała więc duża porcja grubego makaronu z warzywami, wołowina z wyżej wymienionymi, kurczak w panierce i sosie słodko-kwaśny oraz bakłażan z kurczakiem. Ostatecznie uczta z napojami dla trzech osób kosztowała nas 123 złote.

Co najfajniejsze - wszystko dało się ze sobą mieszać. Chociaż nie jestem wielką fanką mięsa ssaków, muszę uczciwie przyznać, że wołowina była dobra. Kurczak w sosie słodko-kwaśnym smakował wyśmienicie, ale i tak tamto popołudnie wygrał dla mnie cudownie tłusty i świetnie przyprawiony bakłażan. Menu Made in China kryje w sobie jeszcze kurczaka, wieprzowinę, tofu, wołowinę, bakłażana, mięso kozie i owoce morza na kilkanaście sposobów, do tego także zupy i azjatyckie pierożki.

Niewątpliwym plusem jest też jakość półproduktów. Wszystkie ryby i owoce morza leżą w chłodni, na widoku i ładnie pachną, reszta składników pływa nieświadoma w akwarium.
Kilka kroków za Made in China znajduje się też Lodziarnia Kolorowa - podobno najlepsza w całym mieście. Myślę, że o jakości lodów z Kolorowej najlepiej świadczyła długa kolejka przed lokalem, oraz fakt, że na tej samej ulicy były jeszcze dwie lodziarnie - kompletnie puste:) Najmniejsza porcja (widoczna na zdjęciu) kosztowała śmieszne 4 zł i można było wybrać sobie dwa smaki lodów. Mnie skusiła beza z rabarbarem i kawa z rumem. W kwestii porównania do krakowskich lodów ze Starowiślnej Poznań wypada smaczniej (i taniej!).

0 komentarze:

Warung Sumatra / Indonezyjska petarda w betonowej dżungli

sierpnia 15, 2016 KochamJesc 0 Comments


Tak zwane "chińczyki" omijam zazwyczaj szerokim łukiem, jeśli są poza centrum Krakowa. Z Płaszowa dowieziono mi kiedyś coś, czego nie chciał nawet pies, w Wieliczce grzyby mun zamieniono na pieczarki, a sos sojowy chyba na jakąś podróbę Maggi. Oczywiście są odstępstwa od tej reguły, szczególnie gdy dostanę rekomendację od zaufanego gastropodróżnika. I właśnie dzięki takiej rekomendacji trafiłam do położonego nieco na uboczu poznańskiego Warung Sumatra (dziękuję panu evf <3).

Wyobraźcie sobie przechadzkę po miejscu mniej więcej tak urodziwym jak Gropiusstadt z "My, dzieci z dworca Zoo". Po spacerze między mrówkowcami z wielkiej płyty wylądowaliśmy przed niskim, bezkształtnym budynkiem z czymś w rodzaju ogródka na zewnątrz. Na pierwszy rzut oka typowe osiedlowe bistro, brakowało tylko wąsacza z miską bigosu i najtańszym piwem z Biedry.

Wewnątrz lokalu już nieco inny klimat. Proste stoliki, trochę orientalnych ozdób, ściana pomalowana farbą tablicową, a na niej menu napisane kredą. Obsługa bardzo sympatyczna i uczynna. Jak dowiedziałam się od kolegi, knajpka jest prowadzona przez Indonezyjkę, niestety tego dnia nie była w pracy.
Odwracam się w stronę ściany z menu i pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy to "Jeśli wszystkie restauracje w Poznaniu są tak tanie, to chyba muszę wpadać co weekend". Przedział cenowy to 8 - 15 zł. Dostępny także pakiet lunchowy za 20.

A teraz konkrety. W menu są startery (spring rolls, kalmary w tempurze, fasola w tempurze i nie tylko), dania z woka do wyboru z ryżem lub makaronem, zupy (Bakso Semarang, Mie Ayam, Mie Aceh, Indomie Soto - buliony na bazie drobiu lub wołowiny, z warzywami, jajkiem, makaronem), oraz kilka dań głównych dostępnych w opcji wege i mięsnej.

Przy naszym stoliku wylądował pyszny kurczak w tempurze, w sosie słodko- kwaśnym. Jakościowo odbiegał na plus od tego co zazwyczaj dostawałam w "chińczykach". Następnie makaron z woka z owocami morza, lekko słodkawy, łagodny i aromatyczny, Owoców tyle ile na zdjęciu, więc jak widać  nie najgorzej za jedyne 13 złotych. Do tego makaron z woka z wołowiną, wersja naprawdę ostra. Ponieważ podczas zamawiania nie chciało mi się wierzyć, że za takie pieniądze się najem, więc wzięłam jeszcze  jako starter warzywa w tempurze z doskonałym, słodkawym sosem. To te na ostatnim zdjęciu i ostatecznie musiałam się nimi podzielić ze współbiesiadnikami, bo nie byłam w stanie zjeść całej porcji po wchłonięciu makaronu z woka.
Jeśli kogoś nie razi klimat osiedlowej budki z jedzeniem, to wyjdzie z Warung Sumatra zachwycony. Pysznie, tanio, autentycznie. Poznaniacy, zazdroszczę wam!

0 komentarze:

Zrób sobie dobrze / Galeria Tortów Artystycznych

sierpnia 13, 2016 KochamJesc 0 Comments


W lutym pisałam o warszawskim lokalu, w którym przepiękne wyroby cukiernicze można pożerać także oczami. Dzisiaj czas na kilka zdań o podobnym miejscu na własnym podwórku, czyli o Galerii Tortów Artystycznych zlokalizowanej na ulicy Bożego Ciała 22.



Niewielki, uroczy lokal sam kojarzy się z tortem - buduarowe, jasne wnętrze zachęca do tego by usiąść w środku i zamówić kawę plus słodkie co nieco. Od strony ulicy Józefa można kupić (pyszne) lody bez konieczności wchodzenia do cukierni (ale kto o zdrowych zmysłach nie wszedłby do środka?).



A co w środku? Klęska urodzaju. Nie wiadomo czy zabierać się za kolorowe makaroniki, tarty, praliny czy torty. Wszystkie oferowane wyroby cukiernicze wyglądają przepięknie. Polewy na tortach są gładkie jak lustro, lub z niezwykłymi fakturami i ozdobami, tarty udekorowane owocami i kremem, praliny to jeszcze inna bajka - mają fantazyjne kształty, błyszczące drobiny, gradient, do szczęścia brakuje tylko laserów.
 

Oczywiście wszyscy zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę liczy się wnętrze. W tym wypadku czeka nas przykładowo takie: cremeux z wiśni z wodą różaną, cremeux z mlecznej czekolady, wiśnia amarena, biszkopt migdałowy, albo kruche ciastko migdałowe, krem z orzechów laskowych z rumem, zapiekanym z szarą renetą z cynamonem, maślaną kruszonką, waniliowym chantilly i chipsem jabłkowym, albo... nie ma sensu się rozpisywać. Po prostu trzeba spróbować.





Cenowo nie jest źle, szczególnie biorąc pod uwagę, że nie mamy do czynienia z osiedlową sieciówką z wyrobami czekoladopodobnymi. Porcje tortów widoczne na zdjęciach kosztowały ok 15 zł od sztuki i były bardzo sycące.



Jeszcze jedną rzeczą godną wzmianki w przypadku Galerii Tortów Artystycznych są słodycze na zamówienie. I w tej materii Galeria prezentuje prawdziwy kunszt. Żadnych koszmarów w rodzaju gołej baby na wieczór kawalerski ulepionej z cukrowej ohydnej masy, albo skrzyżowania Teletubisia z niemowlakiem z Martwicy Mózgu. Za to można zamówić takie kolorowe cudo albo to.
Mój ostatni wypad do Galerii był spontaniczny i nie miałam przy sobie niczego poza telefonem, więc zdjęcia nie oddają urody lokalu i wyrobów. Więcej i dużo lepszej jakości fotografii można zobaczyć na fanpejdżu, ale zamiast gapić się w komputer lepiej zrobić sobie sobie spacer nad Wisłę połączony z pysznym deserem.

0 komentarze: