Przybyłem, zobaczyłem, zjadłem / Lukullus

września 03, 2016 KochamJesc 0 Comments


Jest mniej więcej 87 rok przed Chrystusem. Cała Galia została podbita przez Rzymian... Cała? Nie! Jedna, jedyna osada, zamieszkała przez nieugiętych Galów, wciąż stawia opór najeźdźcom... a przepraszam, to nie ta bajka. No więc jest mniej więcej 87 rok przed Chrystusem. Lukullus zasłynął jako wielki wódz, mający na koncie zwycięstwa w wojnie z władcą Pontu, Mitrydatesem. Współcześni nam kojarzą go jednak częściej jako tego rzymianina, który kochał żreć. To jemu przypisuje się sprowadzenie do Europy czereśni i moreli. To od jego wystawnych imprez pochodzi określenie "lukullusowa uczta". Anegdota mówi, że kiedyś Lukullus miał zjeść swój posiłek samotnie, więc służący podał mu jedno niezbyt wystawne danie. Wódz upomniał go słowami "Czyżbyś nie wiedział, że dziś Lukullus ucztuje z Lukullusem?". Czuję, że świetnie bym się dogadała z tym panem. No ale dosyć historii starożytnej. Przenosimy się jakieś dwa tysiąclecia do przodu, do 1946 roku. Wtedy to Jan Dynowski, cukiernik i mistrz czekolady w fabryce Wedla, otwiera swoją pierwsza pracownię. W 2016 roku, cukierni nazwanych na cześć rzymskiego smakosza jest już siedem. Rodzinną tradycję kontynuują obecni właściciele: Albert Judycki (wnuk założyciela) i Jacek Malarski, którzy to cukiernicze szlify zdobywali w słynnych Le Cordon Bleu i Ecole Gregoire Ferrandi. Kurtyna opada, można żreć!
 

Do cukierni na Chmielnej 32 wyciągnęły mnie koleżanki (dzięki Karolina i Maria :D) doskonale znające moją największą słabość - bezy. Cytrynowy front kawiarnio-cukierni i wesoły neon nie zwiastował cudów, jakie znalazłam wewnątrz. Po pierwsze, cudowny design, za którym stoi Jan Strumiłło. Eleganckie, ale przytulne retro mocno zakorzenione w latach 50- i 60tych. Tutaj na kawę i ciastko mogłaby się wybrać Holly Golightly. Jak na złość, znów uzbrojona byłam jedynie w telefon, ale piękne zdjęcia możecie obejrzeć na stronie projektanta.
 
Kolejnym plusem okazał się być panujący wewnątrz chłód i przestronna, odseparowana od głównej części salka. Za szklaną witryną same cuda: torty, tarty, ciastka i ciasteczka. Jest tradycyjnie, ale i z nutą nowoczesności. Lukullus szczyci się naturalnymi składnikami i brakiem sztucznych ulepszaczy w swoich produktach. 
 
 

Przy naszym stoliku wylądowały: beza tivoli (bakalie, krem kawowy na bazie bitej śmietany, konfitura z suszonych moreli), tartoletka z kajmakiem, beza Pavlovej (beza, lekki krem z werbeny cytrynowej, świeże maliny, pistacje), oraz Pożegnanie z Arkadią (mango ,limonka, tapioka). Bezy w obu wersjach były wspaniale chrupiące z zewnątrz i cudownie klejące się wewnątrz. Tivoli obyłaby się pewnie i bez bakalii (zostały na talerzu nietknięte), ale to pewnie kwestia gustu. Pożegnanie z Arkadią lekkie i orzeźwiające, a tartoletka przepyszna. Estetyka także na plus: to jeszcze nie te udziwnione cukierniane twory, bardziej przypominające awangardowe rzeźby, ale także nie ordynarne ciasteczka z byle jakiej cukierni. Ceny mogą już trochę ostudzić entuzjazm, bo ciastka nie są wybitnie tanie (ceny produktów dostępne także na stronie internetowej). Ale powiedzmy, że w tym przypadku dostajemy za cenę pewną jakość, składniki i smak.

Możesz zajrzeć też tutaj

0 komentarze: