Panie, Panowie - podano do SToŁu

października 30, 2016 KochamJesc 1 Comments



Restaurant Week okazał się być wspaniałą okazją do nadrobienia części kulinarnych zaległości. Dotarłam do restauracji młodziutkiej (pojawiła się w tym roku), która zdążyła już zdobyć pewien rozgłos i dobrą opinię wśród moich znajomych - a mianowicie do SToŁu na ulicy św. Anny 4.
STóŁ zajmuje pomieszczenia po (swoją drogą bardzo fajnym) De Dorszu. Z oryginalnego wnętrza pozostały białe płytki na ścianie i industrialne lampy. Pojawiły się wygodne kanapy w morskim kolorze, proste stoliki i czarny sufit, czyli stylistyczne skrzyżowanie Zenitu i Nolio. Polecam uwadze łazienkę z kafelkami udającymi płytę pilśniową.
Po zajęciu miejsca i zamówieniu napojów (w karcie jest moja ulubiona różana lemoniada Fentimans <3) pozostało tylko czekać na festiwalowe menu, dzieło szefa kuchni Mariusza Szybowskiego. Obsługa zrobiła na mnie i moim partnerze świetne wrażenie. Niestety nie znam imienia kelnerki z małym tatuażem-ołówkiem, ale była tym typem osoby, której uśmiechu nie sposób było nie odwzajemnić; poza tym dobrze orientowała się co jest serwowane i chętnie opowiedziała nam o samym lokalu i promocjach.
Bardzo szybko na naszym stoliku pojawiły się przystawki: sandacz z sosem rakowym, waflem i mchem. Jak na przekąskę, porcja była dosyć treściwa i w moim odczuciu także najlepszym oferowanym przysmakiem z zestawu (dlatego cieszę się, że podobne danie główne znajduje się w menu). Ryba mięciutka i bez ości, sos to kulinarna poezja, chrupiący wafel cudownie nim nasiąkał. 
Jako główne danie zaserwowano nam przepiórkę, gołąbki z kapusty włoskiej z sosem z maślaków i kaszą mazurską. Mój jadłospis raczej nie obfituje w drób ani czerwone mięso - raz, że staram się częściej jadać potrawy wegetariańskie, dwa - nie lubię rachitycznych kurczaków faszerowanych antybiotykami i żylastej wołowiny. Jeśli decyduję się na danie mięsne, to muszę mieć gwarancję, że będzie smakowało wyśmienicie. Na szczęście STóŁ mnie nie zawiódł pod tym względem: przepiórka była delikatna i smaczna. Danie niby należy do tradycyjnej polskiej kuchni, ale kucharze SToŁu postarali się, żeby nie miało nic wspólnego z przaśnymi obiadami z przydrożnych zajazdów serwujących powyższą.
Na koniec wjechał ciekawy deser: podane na ciepło kasztany w kajmaku z konfiturą. Porcja na pierwszy rzut oka skromniutka, ale bardzo sycąca.
Po pochłonięciu festiwalowego zestawu nie byłam już w stanie niczego zamówić, ale zajrzałam jeszcze do karty. Dania mięsne są w bardzo dobrych cenach (stek z polędwicy wołowej za 59 zł to połowa kwoty jaką trzeba zapłacić w niektórych pobliskich lokalach). Codziennie za 21 zł dostaniecie dwudaniowy lunch, a oferowane zestawy wyglądają co najmniej zachęcająco. Poza tym na facebookowym fanpejdżu regularnie pojawiają się informacje o promocjach, a tych jest niemało: dwie karafki wina w cenie jednej, dwie porcje krewetek z chorizo w cenie jednej, burger 30% taniej itd.
Urzekła mnie miła i kompetentna obsługa, tempo podawania dań (choć to akurat mogło mieć związek z małym ruchem tego popołudnia), dobra kuchnia za rozsądną cenę i estetyka potraw. Kolejne odwiedziny na pewno nastąpią wkrótce.

1 komentarze:

Śniadanko numer jeden w ... Kolanko Nº 6

października 25, 2016 KochamJesc 0 Comments


Kolanko Nº 6 to istniejąca od 2002 roku restauracja i kawiarnia na krakowskim Kazimierzu. Ja istnieję ponad dwa razy dłużej, a mimo to nie dotarłam tam ani razu, chociaż wiele słyszałam dobrego o tym lokalu. To trochę tak, jakby rodowity Krakus nie wybrał się na Wawel. W ubiegły weekend udało mi się wreszcie zaliczyć pierwszą kolankową wizytę.

Za pokrytym bluszczem wejściem kryje się zadziwiająco jasne i ładne wnętrze. Lokal jest przytulny i przestronny. Trochę w nim kolonialnych bibelotów, trochę retro grafik, dużo drewna. Wewnątrz znajdziecie także ładny ogródek, Akurat trafiła mi się w dniu wizyty piękna pogoda, więc mogłam podziwiać zieleń i leniwie sączące się przez szybę promienie jesiennego słońca. Karta dań stylistyką przypomina Ilustrowany Kuryer Codzienny. Ponieważ po Unsoundowym balowaniu wstałam z łóżka dosyć późno, więc odpadło mi słynne śniadanie w formie bufetu (22 zł), serwowane codziennie od 8 do 12. Lunch (19 zł za zupę, danie główne i kompot) był z kolei dostępny tylko w tygodniu, pozostało mi więc wczytać się w menu.

Pozycji jest sporo i to dosyć ciekawych - taka kulinarna wyprawa po wszystkich kontynentach. Na mały głód dosyć egzotyczne przekąski w cenach od 11 do 16 zł (mutabal, omułki, Indonezyjski satay, szakszuka oraz grzanki z kozim serem, suszonymi pomidorami i rukolą). Dalej sałatki:  z pieczonymi buraczkami, zapiekanym kozim serem, truskawkami; tabbouleh; z czerwonych grejpfrutów, pomarańczy, pikantnej czerwonej soczewicy; oraz z grillowanym kurczakiem i bekonem - ceny nie przekraczające 21 złotych. Kolejne są zupy (Tom Kha, meksykańska chilli, krem dyniowy, krem z pomidorów, zupa dnia) i gorące kanapki z chrupiącej ciabatty (15 zł, dostępne trzy rodzaje). Wśród dań głównych znalazło się tajskie curry (do wyboru z kurczakiem, krewetkami lub warzywami), musaka, peposo, halibut duszony w winie i maśle z warzywami, pieczone żeberka wieprzowe i pierś z kaczki. Ceny wciąż nie najgorsze, od 24 do 32 zł. Naleśniki słodkie (15 zł) i słone (19 zł) dostaniecie na pierdylion sposobów: chińskie, meksykańskie, indyjskie, a la Carbonara, ruskie, z trzema serami, budyniami, kaszką manną, sosem toffi, jabłkami z cynamonem... i tak wymieniać można bez końca. Na nieszczęście, naleśniki to jedna z tych niewielu potraw za którymi nie przepadam i jem tylko, gdy jestem nimi częstowana, więc tym razem odpadły. Poza tym w menu znalazły się desery, a konkretnie cztery rodzaje, każdy po 12 zł. Fantastycznie wygląda część z napojami: gorąca czekolada na 9 sposobów, kakao, owocowe koktajle i smoothies, duży wybór herbat, 20 rodzajów kaw (także z procentami), domowe lemoniady i świeżo wyciskane soki, sporo butelkowych piw, cydry, wina, grzańce, drinki bezalkoholowe i alkoholowe, wódki.
 

Do wypróbowania poszły gorąca ciabatta z grillowaną cukinią i papryką, serem feta, paprykowo-bakłażanową pastą ajvar i sosem jogurtowo-miętowym i sałatą; curry z krewetkami, a na deser ciasto czekoladowe na ciepło z sosem z malin, jagód i porzeczek. Kanapka była bombą - chrupiące, świeże pieczywo, przepyszne pikantne nadzienie z gorącym bakłażanem i łagodzący doznania chłodny sos jogurtowy. Dwa kawałki pieczywa uznałam za całkiem sycące. Curry bardzo smaczne: aromatyczne, intensywne, dobrze doprawione (wręcz przeprawione), jedynie ryż był bez szału i lekko sklejony, chociaż nie zepsuło to smaku całej potrawy. Ciasto czekoladowe podano bardziej na letnio niż ciepło, ale mi smakowało - było kruche, słodkie, w doborowym towarzystwie owocowego sosu i bitej śmietany i szybko zniknęło z talerza.
 

Obsługa była uprzejma, ale sprawiała wrażenie lekko rozkojarzonej. Nie wiem, czy to kwestia ilości ludzi w lokalu w niedzielne popołudnie, ale panie nie podchodziły zbyt często do naszego stolika, albo trafiły się drobne wpadki (np. brak łyżki). Miło za to, że rozdzielono nam rachunek bez wcześniejszego informowania. Ostatnio odnoszę wrażenie, że personel w niektórych miejscach prędzej udowodni istnienie bozonu Higgsa, niż ogarnie dzielenie, a tymczasem w Kolanku nie było z tym problemu.
Ja na Józefa 17 na pewno jeszcze kilka razy wrócę, wam także polecam. A w międzyczasie można zajrzeć na fejsa lub kolankową stronę.

0 komentarze:

Nie oceniaj książki po okładce, a restauracji po adresie /

Spaghetteria na Ruczaju

października 16, 2016 KochamJesc 0 Comments


Zapewne większość moich znajomych zgodziłaby się ze stwierdzeniem, że im dalej od centrum miasta, tym gorsze lokale gastronomiczne. Oczywiście lokalizacja w ścisłym centrum nie gwarantuje rekomendacji Michelin, niemniej osiedlowe knajpki często straszą wystrojem i przeciętną kuchnią. W tej części Krakowa, w której mieszkam, jedzenie na dowóz jest tak przeciętne, że czasem aż wolę coś ugotować :D

Na szczęście trafiają się wyjątki od reguły. I takim wyjątkiem jest między innymi Spaghetteria na Ruczaju. Bistro mieści się na ulicy Kobierzyńskiej, w tej części osiedla, która nie przypomina jeszcze labiryntu Minotaura. Nowoczesny budynek, taki w sumie klocek, stoi nieopodal skrzyżowania, pomiędzy stacją benzynową, a placem budowy. Okolica raczej nie zwiastuje cudów, a tymczasem czekało mnie miłe zaskoczenie. Za ogrodzeniem w lecie rozkładany jest spory ogródek. Jasny, przeszklony lokal ma ładne, nowoczesne wnętrze w stylu loftu: podłoga w szachownicę, dużo zieleni, zwisające jak liany żarówki, stonowane kolory i wygodne kanapy. Na pewno dużym plusem są metalowe półki z roślinami, które odseparowują stoliki zapewniając jakąś dozę intymności. W lokalu znajduje się wydzielony kącik dla dzieci: kolorowe pufy, stolik z przyborami do  rysowania, telewizor  zawieszony na tyle wysoko, żeby kilkulatkom wygodnie oglądało się filmy animowane, bez możliwości majstrowania przy sprzęcie. Pomysł świetny, a jednak niewiele restauracji decyduje się na podobne rozwiązania. Są jeszcze smaczki w postaci ładnych kart, ciekawych (zapewne według niektórych osób udziwnionych) talerzy itd.
 

Obsługa Spaghetterii jest miła i dobrze wyszkolona. Czas oczekiwania na posiłki raczej rozsądny, pod warunkiem, że w restauracji i ogródku nie ma akurat tłumów. W menu wszystko to, co powinno się znaleźć we włoskiej knajpce: pizza na własnej roboty zakwasie z włoską mozzarellą i ręcznie robione makarony. Ta pierwsza dostępna w 17 rodzajach, także w wersji dietetycznej na cieście z mąki orkiszowej (opcja tylko na dowóz). Serce i żołądek cieszą wysokiej jakości składniki: oliwa truflowa, pancetta, leśne grzyby, faktycznie dobre owoce morza, gorgonzola DOP; podczas gdy w pizzeriach na moich osiedlu mogę liczyć na blok serowy i zmizerniałe pieczarki, a za egzotykę uchodzą już kapary i krewetki. Pizza dostępna jest w dwóch rozmiarach, przedział cenowy to 19-29 zł, a do tego można zamówić ją na dowóz. Makarony też nie odbiegają jakościowo: mamy do wyboru prawie 25 potraw, wliczając w to ravioli i makarony zapiekane w piecu. Spore porcje nie uderzą was raczej po kieszeni - wszystkie pasty są w przedziale cenowym 14 - 31 zł. Do wypróbowania głównie klasyki (aglio e olio, carbonara, bolognese, porcini), chociaż karta zaskakuje kilkoma pozycjami. I tutaj nie można przyczepić się do składników i jakości. Poza tym lokal oferuje trzy przystawki (bruschetta, tatar z macerowanego łososia, carpaccio), zupy, sałatki, dania główne (smaczny stek w dobrej cenie, pierś kurczaka faszerowana prażonymi migdałami i pomidorami, grillowany łosoś, żeberka w piwie, polędwiczka wieprzowa grillowana) i kilka rodzajów burgerów. W menu znalazło się tez miejsce na trzy desery i pozycje dla dzieci. Napojów szczególnie udziwnionych próżno szukać, ale w karcie jest wszystko co powinno być w tego typu lokalu: kawy, herbaty, kilka koktajli alkoholowych, wina, likiery, whisky, giny i napoje zimne bez procentów. Warto pojawić się w restauracji w tygodniu między godziną 12 a 17, bo wtedy serwowane są zestawy lunchowe w cenie 19 zł. Spaghetteria oferuje także dania sezonowe. W tym miesiącu króluje dynia, którą można dostać między innymi w postaci pysznego kremu z melonem. Oprócz zupy w karcie zawitała też pizza z boczniakami. Aby być na bieżąco z nowościami warto zaglądać na facebook.

 

Podsumowując, nie trzeba wybierać się do Rynku lub na Kazimierz aby wylądować w ładnym miejscu i zjeść pyszny posiłek. Mam nadzieję, że lokale na podobnym poziomie nie będą rzadkością na innych krakowskich osiedlach, gdzie prąd zawraca na liniach, a psy szczekają d**i :)

0 komentarze: