Kraina mięsem i winem płynąca / Karakter

stycznia 30, 2017 KochamJesc 0 Comments


Wegan i wegetarian może od razu odeślę do wpisu o Veganicu, bo w Karakterze nic dla siebie nie znajdą.
No więc dotarłam wreszcie do wychwalanego na wszystkich portalach i blogach kulinarnych lokalu na Brzozowej, żeby jako (chyba) ostatnia dorzucić swoje trzy grosze. A jest się czym interesować, bo za kartę odpowiada młody i niezwykle zdolny szef kuchni Daniel Myśliwiec - doceniony przez Gault&Millau talent z cenionego Zazie Bistro.

Na zewnątrz surowy, szary mur i ascetyczne logo, a wewnątrz...wewnątrz surową dostaniecie jedynie koninę i wołowinę. Restauracja ma co prawda nowoczesne, jasne wnętrze, ale nastroju dodają mu kwiaty, butelki wina i kolorowe grafiki powieszone na ścianach.
Menu, podobnie jak w Zazie zajmuje jedną stronę, ale obejmuje całkiem sporo pozycji. A w nim praktycznie samo mięso na mnóstwo sposobów: steki, żeberka, podroby, poliki, ozory, ryby i mule. Kombinacje niespotykane, odważne i intrygujące. Przystawki otwiera tatar z wołowiny lub polędwicy końskiej (dodatki do wyboru: gorgonzola palona, balsamico modena, żółtko, bagietka, albo krem pomarańczowy, żółtko,słonina, bagietka; albo awokado, żółtko, cebula piklowana, pieczarka, bagietka). Dalej krem z wędzonej słoniny i ziemniaków z sercami drobiowymi (serca, żołądki - postrach z przedszkola). Ratka wieprzowa, ozorek cielęcy, karp z risotto szafranowym, bisque ze skorupiaków i kiełbasy z mangalicy...a wszystkie specjały w przedziale cenowym 15 - 24 złote.

 Dania główne są równie oryginalne i w zaskakująco przystępnych cenach: wszystkie mieszczą się w przedziale 21-43 zł. Stek w towarzystwie puree z kukurydzy, szalotki, pak-choy i masła kaparowego z anchois to tylko 39 zł. Rostbef z kością wjeżdża na stoły z sosem demi glace na pancerzach krewetek, stek ribeye z frytkami z masłem porowym, grasica na maśle idealnie pasuje do ravioli z groszkiem zielonym, miętą i peklowanego polika wołowego. Boczek, kaszanka, polenta, karmelizowane jabłka i sos pietruszkowy razem - czemu nie?

Na miłośników chleba czeka powyższy w wersji na mniejszy głód (serca drobiowe, pak- choy, marchewka, sos truflowy; pstrąg marynowany w syropie z marakui, kolendrze, chilli, tymianku;  mini-burger z foie-gras, kaszanka, krem kalafiorowy z białą czekoladą) oraz na większy głód (burger z wołowiny i siekanej koniny, krem z topinamburu; kanapka z peklowanym polikiem wołowym, krem z kalafiora; tost z old amsterdamem i cheddarem, ozór wołowy, jajo poche). I znów portfel wychodzi z tego bez szwanku, bo ceny zamykają się w przedziale 13 - 26 zł.

Mule bar oferuje w cenie 28 zł solidną porcję małży z bagietką lub frytkami, podawaną na osiem sposobów. Sa znane i lubiane połączenia (sos pomidorowy, zosnek, białe wino, pietruszka), jak i bardziej oryginalne (fenkuł/pastis). "Ciekawiejsze, coraz ciekawiejsze!" mogłaby zawołać książkowa Alicja patrząc na desery. Krem z białego wina z owocami i solonym karmelem nie jest może dużym zaskoczeniem, ale smażone foie gras z ciastem marchewkowym, jabłkami, lodami z maślanki i sosem z owoców leśnych to już bardziej niespotykana kombinacja. Sernik z koziego sera z białą czekoladą, brownie i lodami buraczanymi też nie udaje, że jest czymś innym.
Chociaż menu jest odważne i skomponowane z fantazją, mi podczas pierwszej wizyty zabrakło powyższych i poszłam w znane smaki. Na stole wylądowały mule zapiekane w beszamelu (17 zł) i mule w sosie pomidorowym z bagietką (28 zł). Porcje spore, jak zresztą widać na zdjęciach; malże świeże, sosy przepyszne, pieczywo chrupiące jakby wyszło przed chwilą z pieca. Nawet leżące na wierzchu liście sałaty nie stanowiły, jak to się często zdarza, bezsensownej ozdoby, ale były świeże i skropione pysznym sosem. Przetestowałam też tatar wołowy z awokado i bagietką na ciepło. I znów porcja była spora, mięso cudowne -  nawet nie stało obok tych wynalazków z różnej maści pijalni wódek zwanych tatarami, a przypominającymi najtańszą mielonkę. Awokado niestety najczęściej spotyka się w dwóch stanach: twarde jak diament, albo przejrzałe. Do tatara trafiło się miękkie i pyszne. Na deser wyprobowałam wyżej wspomniany sernik. Bardzo wyrazisty smak buraka i sera koziego nie probowano niczym maskować, poza tym wspaniale współgrał on z brownie - na pewno był to jeden z ciekawszych deserów, jakie jadłam. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o winach domu - obsługa chętnie doradzi w kwestii doboru odpowiedniego trunku.
Wrażenia bardzo na plus - ładnie, tanio, spore porcje, pięknie podane, uprzejma obsługa. Grasico, serca - szykujcie się, wracam wkrótce!

0 komentarze:

Mój sąsiad głodoro / Kuchnia w filmach Studia Ghibli

stycznia 26, 2017 KochamJesc 0 Comments


Hayao Miyazaki to japoński reżyser, producent, autor i animator związany ze Studiem Ghibli. Zachodnia prasa często nazywa go japońskim Disneyem. W moim odczuciu to raczej niesprawiedliwe porównanie, ponieważ filmy Miyazakiego są zupełnie inne, pełne wyjątkowej magii i głębi. Część moich czytelników pewnie oglądała Totoro, Nausicę czy Księżniczkę Mononoke. Jeśli nie widzieliście jeszcze żadnej z animacji Studia Ghibli, to macie do nadrobienia kilkanaście pozycji odpowiednich dla osób w wieku od lat 0 do 120 (no może poza Mononoke, która przeznaczona jest dla dojrzalszych widzów). Ale dlaczego właściwie piszę o anime na blogu poświęconym jedzeniu? Fani Miyazakiego pewnie znają odpowiedź. W prawie każdym filmie pojawiają się pięknie narysowane potrawy. Było już mnóstwo zestawień animowanych gifów z filmów na wszelkiej maści 9gagach i Buzzfeedach, były strony z przepisami. Ja postarałam się wyszukać dla was miejsca w Krakowie, w których zjecie niektóre przysmaki z wybranych anime.

Bento Box (Mój sąsiad Totoro)


Bento, które Satsuki przyrządza dla swojej młodszej siostry wygląda co najmniej apetycznie. Jeśli nie chce wam się ruszać z domu, to możecie zamówić sobie jeden z trzech rodzajów bento w Haiku Sushi. Nie jestem wielką fanką tego typu potraw na dowóz, ale spośród zajmujących się wyłącznie dowozem Haiku wypada chyba najlepiej. Przepyszne bento dostaniecie też w wyróżnionym w przewodniku Michelin Hana Sushi.

Jajka z bekonem (Ruchomy zamek Hauru)


To prawda, jaja z bekonem nie są jakąś szczególnie wyszukaną i rzadką potrawą. Takie śniadanie dostaniecie prawie wszędzie, między innymi w Alchemii od Kuchni, MomencieNova Resto. Ale w żadnej restauracji nie przyrządzą ich na gadającym, pyskatym demonie ognia.

Suszona wołowina (Księżniczka Mononoke)

Suszona wołowina to kolejna rzecz, którą znajdziecie nawet w osiedlowej Żabce. Polecam jednak zajrzeć do sklepu Kuchnie Świata w Galerii Krakowskiej i dorwać pikantną, azjatycką przekąskę. Nie pamiętam jej nazwy, jedynie cenę (około 18 zł). Była słodkawa, ostra i przepyszna. 

Ramen (Ponyo)


Ponyo to taka japońska wersja małej syrenki, z tym że bohaterka jest maleńką rybką, która zamienia się w około pięcioletnią dziewczynkę. Całkowicie podzielam jej reakcję na ramen. Gdybym była magiczną rybką, pewnie też postanowiłabym zostać w świecie ludzi dla tego dania. Pyszny ramen zjecie między innymi w Namnam Noodle BarEdo oraz Hana Sushi.

Sushi (Spirited Away: W krainie Bogów)


Kaonashi ze Spirited Away to pozbawiona twarzy istota w masce, która trochę skojarzyła mi się z Buką z Muminków - też szuka towarzystwa i jest samotny. Oprócz tego ma niepohamowany apetyt. Kiedy pracownicy łaźni Yubaby odkrywają, że ich tajemniczy gość potrafi wytwarzać złoto w zamian za jedzenie, zaczynają go zasypywać wszystkim co znaleźli w kuchni. Między innymi tym apetycznym sushi setem widocznym na obrazku. W Krakowie dobrego sushi nie brakuje: EdoHana Sushi, Zen Sushi, Yana Sushi to jedne z wielu miejsc do których warto się udać.

Konpeito (Spirited Away: W krainie Bogów)


Cukierki, którymi żywiły się duszki susuwatari nie są wedle mojej wiedzy dostępne w Krakowie stacjonarnie, ale można je zamówić w sklepie Harro.pl

Pralinki (Spirited Away: W krainie Bogów)

Boh, rozwydrzony syn Yubaby ma apetyt jak mały wieloryb i zajada się głównie pralinkami. Tych w Krakowie pod dostatkiem w Galerii Tortów Artystycznychcukierniach KameckichKarmello, oraz wielu innych lokalach.

Ba-wan (Spirited Away: W krainie Bogów)


Ojciec Chihiro pochłania zaczarowane pierożki ba-wan w tempie, które zapewniłoby mu pierwsze miejsce w konkursie jedzenia powyższych na czas. O ile samych ba-wan możecie nie znaleźć w Krakowie, o tyle bardzo podobne pierożki na parze spróbujecie w Mandu i Kanton Dim Sum House. Ten ostatni powiększył się niedawno, więc gdybyście mieli pecha zamienić się w świnie jak pechowi rodzicie Chihiro, to spokojnie zmieścicie się w nowym wnętrzu.

Douschbao (Spirited Away: W krainie Bogów)


Ależ się obżerali w tej Krainie Bogów! Lin poczęstowała Chihiro douschbao - miękką bułeczką na parze wypełnioną pastą ze słodkiej czerwonej fasoli. Najbliższą potrawą jaką znalazłam w Krakowie jest ciastko mochi (ryżowe z powyższą pastą) dostępne w Hana Sushi, można też spróbować szukać podobnych specjałów na parze w którejś z dumsumowni z powyższego wpisu. Fasolowe nadzienie jest wyjątkowo pyszne i zdrowsze niż batony.

Ciasto biszkoptowe (Spirited Away: W krainie Bogów)


Bliźniacza siostra Yubaby, dobra wiedźma Zeniba poczęstowała Chihiro i Kaonashi ciastem biszkoptowym. Nie wiem czy to japońskie różni się czymkolwiek (przepis wygląda identycznie) od polskiego, ale na pewno nie będziecie mieli problemu ze znalezieniem powyższego w większości cukierni. Przy okazji, czy zaczarowany szczur i ptaszek nie były słodsze niż samo ciasto?

I to by było na tyle, chociaż i filmów i potraw było dużo więcej. Do tematyki filmowo-komiksowo-growo-kulinarnej na pewno szybko powrócę. A tymczasem zbieram się na pysznego ramena.

0 komentarze:

Streetfood - tak, fastfood - nigdy! / Namnam Noodle Bar

stycznia 24, 2017 KochamJesc 0 Comments

Przyznajcie - zawsze chcieliście zjeść takie nudle jak Deckard w Blade Runnerze, albo rodzice Chihiro w Spirited Away. Okazja się znajdzie, bez udawania się w przyszłość do Los Angeles z 2019 roku, ani do Krainy Bogów, ani nawet do Japonii. Na Starowiślnej 10 swoje podwoje otwiera Namnam Noodle Bar!
Jeśli kojarzycie ten adres, to bardzo dobrze - dokładnie tam mieścił się cudowny i nieodżałowany Tak Yak Tandoori. Niektórym pewnie jeszcze nie obeschły łzy po Baigan Murgh Masali, ale na wasze podniebienia czekają cudowne, aromatyczne nudle, a za barem ta sama sympatyczna ekipa.
Wnętrze nie zmieniło się bardzo, ale przeszło pewien lifting. Jest bardzo (modne słowo) minimalistycznie, ale i przytulnie. 
Do zjedzenia na razie macie do wyboru dwie opcje: wegetariańską i mięsną. Dla tych którzy nie wiedzą co to jest i czym to się je: nope, to nie jest zupka chińska. To nawet nie jest zupka. To sycąca, napakowana pysznym makaronem i mnóstwem składników zanurzonych w aromatycznym wywarze potrawa, który starczy wam za dwudaniowy obiad. Dostajecie ją w miseczce jednorazowego użytku i możecie zjeść pałeczkami i/lub łyżką. I właściwie na tym kończy się część streetfoodowa, bo dalej jest jakość restauracyjna. Makaron ręcznie robiony, tofu także robione przez ekipę Namnam, tylko jajka nie znieśli, ale to zrobiła dla nich kura z ekologicznej hodowli. Wersja mięsna z wieprzowiną od sprawdzonego dostawcy (świnka zdrowa i miała dobre życie). A jakie same wrażenia? Wywar na warzywach i miso jest pachnący, niesamowicie delikatny i łagodny. Tofu cudownie smakuje (pakowana wersja z Tesco nawet się do tego nie umywa), jajko z idealnie rozpływającym się żółtkiem, miska naładowana masą innych składników. Wersję mięsną jedynie podglądałam, ale wyglądała wyśmienicie, a z sąsiedniego stolika padały wyrazy zachwytu i uznania. Jeśli wolicie bardziej ekstremalne doznania smakowe, możecie sami doprawić nudle, co jest chyba najlepszych rozwiązaniem biorąc pod uwagę różną tolerancję pikantnych potraw u potencjalnych klientów.
Łyżki do łap! Ja tu będę wracać często.


Edit: wkrótce po otwarciu oferta poszerzyła się o nudle bez wywaru i dania z ryżem. Jeszcze jeden powód aby odwiedzić Namnam!

0 komentarze:

Mamma Mia here I go again, My, my, how can I resist you?

stycznia 23, 2017 KochamJesc 0 Comments


Restauracji z włoską kuchnią jest w Krakowie mnóstwo. W tym kłębowisku lokali serwujących pasty i pizzę czasem da się wyłowić prawdziwą perłę. Trattoria Mamma Mia na krakowskiej mapie kulinarnej istnieje już ponad dziesięć lat, a jej pozycja wydaje się być niezagrożona. Najlepiej chyba świadczy o tym fakt, że w lokalu ciężko o wolny stolik bez rezerwacji, a chętnych na upolowanie takiego jest zawsze sporo w korytarzu.
Wystrojem Mamma Mia przypomina swoje włoskie siostry. Jest przytulna, utrzymana w ciepłych kolorach, ładnie oświetlona, pełna kolorowych zdjęć, szafek z winami i kraciastych obrusów. Wnętrze nie udaje łodzi podwodnej i nie obiecuje pretensjonalnej kuchni z mchu, dziwacznych pianek i otoczaków. Zresztą jeden rzut oka na kartę wystarcza, aby się przekonać, że nie ma w niej nic specjalnie zaskakującego. Czy to źle?
Odpowiedź brzmi: nie. Mamma Mia serwuje niemalże identyczne dania jak inne lokale z włoską kuchnią. Są to jednak potrawy świetnie przyrządzone i w dobrych cenach. Przystawki (11,50 - 33 zł) to totalna klasyka - bruschetty, krewetki, carpaccio, tatar, talerze serów i wędlin, grillowany kozi ser. Ten ostatni (w towarzystwie pieczonej gruszki, migdałów, roszponki i sosu z białego wina i miodu, pieczywa) jest przepyszny - jeśli nie macie uczulenia na któryś ze składników, to najlepiej przekonajcie się sami. Cztery zupy (9,50 -13 zł) to może nie oszałamiająca ilość opcji, ale są smaczne i stanowią niezłą alternatywę dla przystawek. Sałatek sześć (16-26 zł) - porcje spore, składniki świeże i dobrze dobrane. 
Dalej to co tygrysy lubią najbardziej, czyli risotto. Jedno z borowikami, drugie w sosie pomidorowym z krewetkami. Niby nie jest to szczególnie skomplikowana w przygotowaniu potrawa, jednak dosyć często trafiam na mdłe, sklejone albo niedoprawione breje. Wersja pomidorowa w Mamma Mia jest przepyszna: kremowy, delikatny sos, świeże krewetki, idealny ryż, porcja w sam raz. Focaccie i pizza (dwadzieścia pięć  rodzajów, 15 - 31 zł) nie rozczarują miłośników tych włoskich specjałów. Cienkie ciasto, dwie wielkości, dobrze skomponowane składniki. Miłośników makaronów też czeka klęska urodzaju, bo do wyboru jest dwadzieścia rodzajów (15,90 - 29 zł): lasagna, gnocchi, spaghetti, rurki, wstążki, z ricottą, gorgonzolą, łososiem, kaczką, z mięsem lub bez - ciężko się zdecydować, bo każdy wydaje się być przepyszny. Pasty zresztą nie wyglądają dobrze tylko na kartach menu, na talerzach prezentują się również wyśmienicie.
Dla znudzonych pizzą i makaronami pozostają dania mięsne (30-49 zł) i ryby/owoce morza (26 - 42 zł). Na pewno warto rzucić okiem na stronę z deserami (11,50 - 15 zł). Sernik i semifreddo są świetne, ja z kolei najczęściej wracam na ciastko czekoladowe z płynnym środkiem i sosem pomarańczowym. Jako deser można potraktować też którąś z gorących czekolad czy kaw z alkoholem i bitą śmietaną. Herbaty smakowe są bardzo dobre, na wina też nigdy nie narzekałam. Rodziców pewnie zainteresuje informacja o menu dla dzieci oraz kakao i mleku z syropem smakowym.
Na potrawy raczej nie czekałam bardzo długo (może poza jedną wizytą, kiedy lokal był przepełniony). Obsługa jest miła i przyjazna, w dniu w którym powstał ten wpis naszym stolikiem zajmował się zabawny i sympatyczny kelner, który zawsze był pod ręką, kiedy zachodziła taka potrzeba. Rezerwacje raczej wskazane - o ile w pojedynkę lub dwójkę można liczyć na stolik przychodząc z ulicy, o tyle większą grupą raczej nie ma na to szans. Stoliki są dosyć blisko siebie i to może być dla niektórych osób mankament, chyba że nie krępuje was, że ktoś będzie słyszał wasze rozmowy. 

0 komentarze:

Jeśli nie masz nic mądrego do napisania...zajmij się jedzeniem swojej porcji.

stycznia 16, 2017 KochamJesc 0 Comments


Mój blog obchodził w grudniu pierwsze urodziny. Wylądowało na nim trochę mniej recenzji, niż sama bym sobie życzyła, ale zdecydowanie pozytywnych. Znajomy spytał mnie kiedyś, czy wreszcie kogoś porządnie skrytykuję. Odpowiedź brzmi: tak. Pewnie będzie nawet osobny wpis o najgorszych miejscach jakie odwiedziłam. Tymczasem do tej pory pisałam głównie o lokalach, w których byłam przynajmniej kilka razy i spełniały moje oczekiwania.

Nie pracowałam w gastronomii. Gotuję rzadko i nie potrafię donieść do stołu talerza zupy bez wychlapania jej części po drodze.  Mam więc sporo szacunku do ludzi, którzy w tłumie przeciskają się z kilkoma talerzami na raz, albo potrafią wyczarować kulinarne cuda. Od lat ze względu na pracę jadam głównie poza domem i przez ten czas trafiałam zarówno na niekompetentną obsługę i kiepskie potrawy, jak i na upierdliwych klientów szukających pretekstu do awantury. Ci ostatni często dają upust swoim frustracjom w internecie. I o tym będzie dzisiejszy wpis.

Tripadvisor, Facebook, Yelp to jedne z wielu miejsc w sieci, w których można postawić magiczne pięć (albo mniej) gwiazdek i napisać recenzję. O ile Yelp i Tripadvisor pozwalają na pewną anonimowość i podpisanie się pseudonimem, o tyle na Fejsie recenzje są zazwyczaj podpisywane imieniem i nazwiskiem klientów. Czytając wypociny niektórych osób czuję ciarki wstydu. Pewien rodzaj nieprzychylnych wpisów powtarzał się na tyle często na stronach różnych restauracji, że pozwolił mi wyłonić listę specyficznego rodzaju upierdliwców (którą proponuję traktować z przymrużeniem oka).


Klient z misją

"Byłem w tym restauracji milion razy w tym miesiącu i było super, ale dziś kelner krzywo na mnie spojrzał, a kelnerka dziwnie westchnęła, więc daję jedynkę."
Nie wiem, czemu ktoś odwiedza wielokrotnie jakiś lokal, wychodzi usatysfakcjonowany i nie potrafi zostawić zwykłego "dziękuję" na Facebooku. Ale już zupełną tajemnicą są dla mnie ci stali klienci, którym pewnego dnia nie spodoba się totalna pierdoła, więc w domu zasiadają przed laptopem aby spełnić swój niezmiernie ważny obywatelski obowiązek: napisać dwa zdania bzdur i wystawić najniższą ocenę. 


Obywatelka świata

"Nie dostałam do kawy mleka z nerkowców, to jest skandal. Jak byłam na Piątej Alei na Manhattanie/Soho w Londynie/Na Marsie to był standard!"
Mleko z nerkowców może być standardem w wegańskiej knajpce, ale niekoniecznie w budce z plackami ziemniaczanymi czy zapiekankami, której wlepiłaś kiepską ocenę, przy okazji chwaląc się wycieczkami - bardzo nas one nie obchodzą :)


Nie zjem, to się wypowiem

"Nie jadłam tam bo jestem wegetarianką, ale daję 1 za mięso!"
"W menu tylko jedno danie wegetariańskie, to oburzające."
"W karcie sama trawa, nie ma żadnego mięsa!"
Mięsożerco, wegetarianinie - w bibliotece ani saunie też nie dostaniecie antrykotu wołowego ani panierowanego kalafiora. Warto sprawdzać, jaką kuchnię serwuje miejsce do którego się wybieracie. A celowe zaniżanie oceny z powodów światopoglądowych i to w miejscu w którym się nie było, to poziom przedszkola.


Strażnicy Czasu

"Danie dotarło do stolika po pięciu minutach, więc to oczywiste że coś musi być z nim nie tak"
"Prawdziwe risotto powinno być robione 40 minut, a dostałam je szybko. Daję jedynkę."
Co zabawne, zazwyczaj z odpowiedzi managerów restauracji wynika, że autorzy takich wpisów zjadają wszystko co dostali na talerzach i nie zgłaszają nic obsłudze. Kiedyś w Pasta Barze zamówiłam danie i dostałam je po minucie, więc spytałam grzecznie kelnerkę skąd takie tempo. Wyjaśniła, że potrawa miała trafić do właściciela lokalu, ale musiał go przed chwilą pilnie opuścić, więc wylądowała na moim stole, bo zamówiłam ją w momencie w którym wyszedł.


Cesarz

"Wpadłem w dniu otwarcia restauracji razem z tysiącem znajomych i nie dostałem stolika. Moja noga już tam nie postanie!"
Pojawia się ze swoją liczną świtą na otwarciu nowej restauracji w modnej części miasta. Miejsc jest dla 60 osób, chętnych przynajmniej trzy razy tyle, obsługa bliska paniki. Cesarz chciałby czerwony dywan i stolik i jeszcze zrobić sobie zdjęcie z koktajlem na Instagram Stories. A tymczasem stolika nie ma, albo trzeba czekać ponad godzinę. Cesarz tupie nóżką, wyciąga iPhone'a i szybko daje jedynkę. Już się tam nigdy nie pojawi! Tydzień później w lokalu panuje spokój i nie ma problemu z zamówieniami. Serio, kto chodzi na otwarcia???


Oszczędniś

"No niby wszystko okej i mają tę gwiazdkę Micholina, ale pod Wadowicami u Zenka mam dobry sznycel a dużo taniej i też se pojem, więc daję jedynkę."
U Zenka pewnie jest taniej, zwłaszcza że prowadzi lokal w swoim domu. Nie płaci czynszu w kamienicy w centrum, nie ma świetniej wyszkolonej obsługi, nagradzanego szefa kuchni, składników sprowadzanych z innych części świata, ani ładnej zastawy. Oszczędnisiu, może być jeszcze taniej - następnym razem zjedz Gorący Kubek w domu.


Lakoniczny

"Beznadziejne jedzenie"
Taki klient oszczędza w słowach recenzji, ale nie oszczędza na jedzeniu. Chociaż obsługa nigdy nie dowiaduje się co było nie tak, a talerze zostają niemalże wylizane po posiłku, w nagrodę pojawia się jedynie jedna gwiazdka i krótkie "do dupy", "beznadzieja", "niesmaczne", "przepłacony syf".



0 komentarze:

Kulinarna podróż sentymentalna

stycznia 11, 2017 KochamJesc 0 Comments

Kiedy byłam jeszcze małym gastropotworem, wybrzydzałam często przy posiłkach, doprowadzając tym do rozpaczy mamę, tatę, babcię i ciotki (i innych członków rodziny mających wątpliwą przyjemność serwowania mi w danym dniu obiadu). Kolejne ociekające tłuszczem sznycle lądowały w ubikacji, po wcześniejszym przemyceniu ich w kieszeni. Moje patykowate odnóża nie zwiastowały, że kiedyś zabiorę się za pisanie o ukochanym jedzeniu. Jednak łatka niejadka przylgnęła do mnie trochę niesprawiedliwie. Zawsze gdy na stole lądowała lubiana przeze mnie potrawa, mój żołądek rozszerzał się szybciej niż Wszechświat. W okresie przedszkolnym miałam już wyrobioną opinię na temat tego, co jest jadalne, a co nie. Świat dorosłych wydawał mi się przynajmniej pod jednym względem atrakcyjny - można było jeść, co się chciało. Postanowiłam więc, że gdy tylko się usamodzielnię, moja dieta ograniczy się do pierogów ruskich i cukru w kostkach :) Od czasów przedszkola mięło już wiele lat, moje upodobania kulinarne na szczęście się mocno zmieniły. Mignęło mi dziś w sieci opakowanie lodów w kostce Calypso, co przywołało falę wspomnień i zainspirowało do tego wpisu. Zaczynamy:)

Ulubione Żarcie z Dzieciństwa

Nie ma chyba dziecka, które nie kocha słodyczy. Ja nie byłam wyjątkiem. Wykradałam z cukierniczki cukier w kostkach (fuj), a kogel-mogel uważałam przez pierwsze 8 lat życia za przysmak na miarę ciastek z Odette. Równie wysoko w rankingu znajdowało się mleko słodzone w tubce - i nie jakieś tam fancy karmelowe czy czekoladowe z Kubusiem Puchatkiem na opakowaniu. Pod koniec lat 80-tych tubka mleka słodzonego niewiele różniła się wizualnie od tubki kleju szkolnego (smakiem pewnie też ;) Nigdy nie przepadałam za lodami, ale w dzieciństwie zajadałam się wyżej wymienionymi Calypso. Były dostępne w formie kostki zapakowanej podobnie jak Masło Extra. Moim ulubionym smakiem był zielony, ale już bardziej dopowiadam sobie, iż był to pistacjowy, niż faktycznie pamiętam. Vibovit ciężko zaliczyć do słodyczy, jednak większość moich rówieśników tak go właśnie  traktowała i wyjadała palcami wprost z saszetek. Pischinger i ciepłe lody to miłość, która ostała się do dorosłości. Nie pogardzę nawet najgorszymi sklepowymi lodami ze skorupą z przyschniętej czekolady, ale najbardziej chyba lubię te z cukierni Doliński. W latach 90-tych na półkach sklepowych pojawiło się mnóstwo zagranicznych słodyczy. Ja pozostałam wierna Kasztankom i Tiki-Takom. Pozwoliłam sobie jedynie na zdradę na rzecz kremu czekoladowo-waniliowego w pudełku w kształcie serca, które miało na wierzchu naklejkę z Barbie. Deserek smakował chyba podobnie do kremu Milky Way. O dziwo, prawie nikt z moich rówieśników go nie pamięta i nie znalazłam żadnego zdjęcia opakowania w necie.
Listę słonych przysmaków otwierały pierogi ruskie, najlepsze takie od babci (wiadomo). Raz w roku z niecierpliwością czekałam na barszcz z wigilijnymi uszkami z farszem grzybowym - dalej jest to jedno z moich ukochanych dań kuchni polskiej. W 1989 roku mój dziadek wrócił ze Stanów i przywiózł przysmaki, które wydawały mi się w tamtych czasach co najmniej egzotyczne. Po raz pierwszy spróbowałam małży wędzonych w oleju. Cała rodzina skończyła z zatruciem pokarmowym. No może niezupełnie cała, bo mi nic się nie stało pomimo opróżnienia prawie całego słoika w pojedynkę ( co jest dziwne, zważywszy na estetykę mięczaków i moją niechęć do mięsa). Najwyraźniej spłynęło na mnie jakieś błogosławieństwo Posejdona i zaczęła się wielka miłość do wszelkich pływających stworzeń - ryb, skorupiaków, mięczaków, głowonogów.
Pierwszą pizzę w życiu jadłam chyba jako sześciolatka w Białce Tatrzańskiej i pamiętam, że było na niej salami. Wreszcie zrozumiałam, dlaczego Wojownicze Żółwie Ninja nie żywią się niczym innym.
Była jeszcze jedna uwielbiana przeze mnie rzecz. Nie wiem jak ta potrawa nazywała się w waszych domach, u nas mówiono na to ser zgliwiały. Biały twaróg dojrzewał pod folią parę dni (ale nie mógł się oczywiście zepsuć), jak już zaczynał zapachem przypominać broń biologiczną, to wrzucało się go na patelnię z jajkami, solą, kminkiem i masłem. Taka ciepła masa lądowała później na kromce chleba. Coś pysznego, przypominającego trochę ser lazur na ciepło. Znajomi, u których nie jadano sera dojrzewającego zazwyczaj na powyższy opis reagują obrzydzeniem. Nie mniej bliskie mojemu sercu były placki ziemniaczane (tylko z kwaśną śmietaną) i kromka obtaczana w jajku i smażona - tłusta, niezdrowa, perwersyjnie dobra :D

Oprócz ukochanych przysmaków, było także...


Mniej Lubiane lub Całkiem Znienawidzone Żarcie z Dzieciństwa

...a jego sporą część stanowiło mięso. Zwłaszcza wieprzowe i wołowe. Kotlety, zrazy, sznycle czy nieszczęsne nóżki kurczaków kończyły przemycane do ubikacji, albo chowane za kaloryferem w kuchni (czasem się o nich zapominało). Na swoją obronę mam tyle, że najczęściej dostawałam trzęsące się od tłuszczu kawałki (a w przedszkolu jakieś upiorne, niedoprawione i pełne żyłek kotlety, które prędzej rzuciłabym psu). Były jakieś zabawne wyjątki od reguły (no bo umówmy się, kabanosa i salami nie da się nazwać chudymi, ale mi smakowały). Jak kilka lat później trafiła mi się jakaś restauracyjna przepiórka, czy nawet wołowina, okazało się, że jednak mięso może być smaczne (wybacz babciu, wybaczcie ciotki :D)
Do pietruszki mam ambiwalentny stosunek: dalej łowię ją z zup i innych potraw, na których czasem ląduje, ale bywa że czasem mi smakuje (pesto pietruszkowe). Za to zupełnie negatywne odczucia wywołuje we mnie słodki syrop cebulowy, który pewnie część moich czytelników pamięta z dzieciństwa jako naturalne remedium na kaszel. To ja już wolę pietruszkę w zupie!









0 komentarze:

They see me rollin' / Ball & Roll take eat sushi

stycznia 09, 2017 KochamJesc 0 Comments


Lokali z sushi rollami wysypało w Krakowie w ostatnich miesiącach jak grzybów po deszczu. Jest to zresztą miła alternatywa dla wszelkiej maści budek z zapieksami, kebabami i kaszanką. Niestety wszystkie miejsca serwujące pyszne rolki zamykają swoje podwoje przed 22 (a często i wcześniej, gdy skończy się towar), nad czym bardzo ubolewam.

Jeden z częściej odwiedzanych przeze mnie sushibarów z pysznościami na wynos to Ball & Rollmieszczący się przy ulicy Starowiślnej 77. Pomieszczenie jest jasne i przestronne, jest tam trochę miejsca by usiąść i zjeść swoją porcję (co przy ostatnich mrozach jest dużym udogodnieniem; jestem pewna że na zewnątrz najpierw wysunęłaby mi się z dłoni rolka, a potem odpadły zamarznięte palce). Pewną niedogodnością mogą być wysokie stołki barowe bez oparcia. Sam lokal robi schludne i miłe wrażenie. Zero zbędnych ozdób, nad barem panel ścienny z mchem (albo czymś, co go skutecznie udaje), za ladą na widoku wszystkie specjały, które można danego dnia nabyć. Obsługa uprzejma i uśmiechnięta.
Do wyboru mamy sześć rollsów w przedziale cenowym 10 - 16 zł: łosoś surowy, łosoś pieczony, tatar z łososia, wersja wege, krewetka w tempurze, paluszek surimi, Do tego onigiri (te wielkie kulki zawinięte w nori): krewetka, łosoś i wege (6 lub 7 zł). Dla zziębniętych dwie ciepłe zupy: miso z tofu i kokosowa z krewetką (8 zł). Do tego jeszcze dwa rodzaje sałatek za 4 zł.

Rolki są długie i grube ( ͡° ͜ʖ ͡°), serwowane w papierowych torebkach na wynos lub łódeczkach. Na szczęście nie rozwalają się po ugryzieniu. Odwiedzałam Ball & Roll o różnych porach i nigdy nie trafiłam na obeschnięte rolki, więc obsługa dorabia je na bieżąco, albo mam zawsze szczęście ;) Nie mogę się przyczepić do rollsów - są smaczne, dobrze doprawione, napakowane składnikami. Kreweta w tempurze nie jest oczywiście ciepła, ani specjalnie chrupiąca, ale wciąż bardzo dobra - chyba moja ulubiona rolka oprócz Surimi Futomaki. Do rollsów , poza imbirem i wasabi, możecie zażyczyć sobie któryś z czterech pysznych sosów (mango i chilli, wasabi i limonka, teriyaki i mandarynka, sojowy). Relacja cena-ilość-smak jest bardzo zadowalająca. Umówmy się, że streetfood z sushi to nie będzie nigdy ta sama półka co najlepsze restauracje z kuchnią japońską, ale jakość też  nie odbiega znacząco i powinna zrobić dobrze miłośnikom tej potrawy (a jeśli chodzi o Ball & Roll to jest nawet lepiej niż w przypadku niektórych lokali z sushi wyłącznie na dowóz). Zupy w Ball & Roll też nie należą do najgorszych. Porcje spore, miso nie przypominała szklanki herbaty, a wręcz przeciwnie - była gęsta od tofu i glonów.

Za każdy rachunek powyżej 20 zł można zbierać pieczątki. Dziewięć pieczątek to jeden gratisowy roll. Wiecie co z tym zrobić.

0 komentarze:

Na Basztową w lot! / Nakielny

stycznia 02, 2017 KochamJesc 0 Comments


Lot wyfrunął ze swojej siedziby na Basztowej, a przystanek zmienił nazwę na "Stary Kleparz". O ile do nowej nazwy ciągle nie mogę się przyzwyczaić, o tyle nowy najemca lokalu po Polskich Liniach Lotniczych już zjednał sobie mój żołądek i kubki smakowe. Mowa oczywiście o kawiarni Nakielny.
Piękny, nowoczesny i przytulny lokal otwarty jest już od wczesnych godzin porannych. Fotele i kanapy same zapraszają do tego by się rozsiąść z laptopem albo kubkiem kawy i podziwiać za oknem Planty (albo samochody w bardziej ruchliwy dzień ;)
Bardzo sympatyczna i uprzejma obsługa i rozsądne w moim odczuciu ceny są kolejnym plusem. Kawa pyszna, herbaty także nie pozostają w tyle, na śniadanie można dostać świeże bułki, tarty, wypiekane na miejscu croissanty, drożdżówki. Najbardziej oczywiście interesowały mnie desery...

 ...a powyższych jest sporo do wyboru. Wyglądają prawie tak ślicznie jak w Odette czy naszej krakowskiej Galerii Tortów Artystycznych. Prawie, bo jednak nie przypominają wypolerowanych kamieni szlachetnych, tylko ciastka. Smaki też są ciekawsze niż te, które funduje większość lokali ze słodkościami: mango, figa, marakuja, palona czekolada. Jeśli wolicie bardziej tradycyjne składniki, to nie brakuje też klasyków z polskimi owocami czy bitą śmietaną.

Desery nie są przekombinowane i nie pozostawiają uczucia ciężkości po zjedzeniu. Herbata z marakują była bardzo lekka i delikatna, chrupiąca pistacja również pyszna (choć smak pistacji mógłby być bardziej wyczuwalny). Pierwsze wrażenie pozytywne. Jeśli bardzo zasmakują wam wypieki, to możecie też zamówić tutaj torty lub wziąć coś na wynos.

0 komentarze: