Raj z warzywami / Pod Norenami

lutego 26, 2017 KochamJesc 0 Comments


Prawie cztery lata temu na Krupniczej 6 otworzyła się restauracja, będąca odpowiedzią na modlitwy wegetarian o porządny lokal z kuchnią azjatycką. Pod Norenami spełniła te prośby z nawiązką, serwując bezczelnie dobre jedzenie ze świetnymi zamiennikami mięsa. Niejedna osoba naśmiewająca się z "trawożerców" opuściła ten lokal nieświadoma, że nie zjadła prawdziwego kurczaka albo wołowiny.

Dlaczego właściwie serwować niby-mięso w wegetariańskim lokalu? Ja zapytam raczej: dlaczego nie? Znam kilka osób, które wybrały dietę jarską ze względów etycznych, ale czasem tęsknią za smakiem krwistego steka. Znam też takie, które mięsem nie pogardzą, ale brzydzą się kawałkami tłuszczu, chrząstkami, żyłkami i innymi niespodziankami na jakie można trafić w powyższym.
Pod Norenami została urządzona w azjatyckim stylu, ale próżno szukać tam krzykliwych kolorów i półek uginających się od kiczowatych figurek Buddy. Zdecydowano się na stonowane barwy ziemi, sporo drewna, na ścianach powieszono piękne zdjęcia, a z sufitów zwisają noreny. 1 Za naprawdę obszerne menu odpowiada Paweł Albrzykowski - znawca kuchni azjatyckiej z wieloletnim doświadczeniem, autor książek, organizator warsztatów, albo krótko: pasjonat.
Kartę otwiera wegetariańskie sushi. Jeśli to danie jest dla was jednoznaczne z surową rybą, to przykro mi, ale tu jej zamiennika nie znajdziecie. Jest za to sporo nigiri, hosomaki, chumaki, futamaki czy uramaki pełnych warzywnych skarbów. Oczywiście dostępne są gotowe sety w bardzo przystępnych cenach (największy z oferowanych, 50-kawałkowy kosztuje tylko 120 złotych). Na moim stole tym razem w formie startera wylądował malutki nigiri set (17 zł), a w nim 5 sztuk sporych ryżowych kulek z tofu, naleśnikiem tamago, mięciutkim awokado, grzybkiem shiitake oraz bakłażanem w sosie teriyaki. Palce lizać!
Na stronie z zakąskami można znaleźć hummus, smażone pikantne tofu, warzywa po tajsku i sajgonki z "mięsem". Ceny starterów nie przekraczają 19 złotych.
Następne w kolejności są ciekawe sałatki (24 - 25,50 zł), większość dostępna także w wersji wegańskiej i bezglutenowej na życzenie. Chyba najbardziej jednak cieszą mnie kolejne trzy strony menu, gdyż zajmują je tylko i wyłącznie zupy. Mamy tu takie klasyki jak Pho Bo, Tom Kha Gai, Tom Yum Gai - wszystkie wersje mięsne zastąpione niby-wołowiną i niby-kurczakiem :) Dalej pięć rodzajów misoshiru (9,50 zł) i cztery rameny. Te ostatnie, na życzenie klienta mogą być przygotowane na bazie różnych makaronów i bulionów, wzmocnione sosem sojowym lub przyprawami - sposób nie ma wpływu na cenę. Zupy są spore, aromatyczne, pyszne, dobrze doprawione i bogate od składników. Jakby tego było mało, ceny są bardzo przystępne.
Przechodzimy do dań głównych. Mięso w nich zastąpiono tofu, soją i seitanem. Ten ostatni to nie bohater Dragon Balla, ani pokarm satanistów, jak twierdzą niektóre oszołomy. To japońskie słowo oznaczające zamiennik mięsa, będący właściwie czystym glutenem pszennym. Bardzo skutecznie zresztą to mięso udaje:)
Dania główne zaczynają się tofu na różne sposoby (m.in. w sosie orzechowym albo "ostrygowym"), daniami warzywnymi (falafel, smażone warzywa). Później pojawia się "wołowina" w pięciu smakach, "wieprzowina" na makaronie sojowym, "kurczak" lub "wołowina" na trzech rodzajach grzybów i inne niby-mięso serwowane na wiele wspaniałych sposobów (m.in. w sezamie z sosem śliwkowym, w sosie kokosowym z zielonym pieprzem, z orzeszkami i papryką po syczuańsku). Nie zabrakło świetnych dań z ryżem i makaronem: klasyczny Pad Thai, Bami Goreng (smażony pikantny makaron z "mięsem", warzywami i jajkiem), smażony ryż z warzywami i jajkiem, czy mój ukochany Nasi Goreng (smażony pikantny ryż, "mięso", warzywa i jajko z cudownie rozpływającym się żółtkiem).
Jest i sześć rodzajów curry (każdy może być przygotowany w preferowanym stopniu ostrości), pierożki z różnych części świata (tybetańskie momo, afgańskie boolawnee, chińskie jiaozi, hinduskie samosa). Jeśli zatęsknicie za bardziej europejską kuchnią, to w menu znajdują się jeszcze tarty. Pomyślano też o najmłodszych klientach - dla nich przygotowano pierożki na słodko, zupę z kaszą manną, kluseczki z sosem owocowym. Na deser można zamówić wegańskie ciasto, tartę z białą czekoladą i zieloną herbatą, pishinger z masą czekoladową-herbacianą i mieć mniejsze wyrzuty sumienia (bo wiadomo, jak z herbatą, to zdrowsze :)
W tygodniu, pomiędzy 12 a 17 warto skorzystać z oferty lunchowej. Są to bento-boxy (28,50 zł) pełne japońskich pyszności, albo Thali (29,50 zł) - zestaw hinduskich potraw. W karcie jest też duży wybór zimnych napojów i herbat. Ja od siebie mogę polecić kawę po wietnamsku: ma waniliowo-kakaowy aromat i jest serwowana ze słodkim, skondensowanym mlekiem, więc bezpieczniej zamówić ją na deser.
Jeśli kochacie kuchnię wegetariańską, albo chcecie się przekonać jak dobrze seitan udaje prawdziwe mięso, to zadbajcie zawczasu o rezerwację, bo lokal cieszy się dużą popularnością.

1. To materiałowa zasłona, często rozcięta na mniejsze fragmenty, która rozdziela pomieszczenia.

0 komentarze:

Stara miłość nie rdzewieje? / Horai Sushi

lutego 15, 2017 KochamJesc 0 Comments


Wybrać się w Walentynki na kolację w centrum bez rezerwacji, to równie mądry pomysł jak wyprawa na Świnicę w japonkach. Oprócz tego, że prawie na pewno nie znajdziecie dla siebie miejsca w żadnym sensownym lokalu, to z dużym prawdopodobieństwem strąbi was kolejna święta krowa za kółkiem, usiłująca zaparkować na środku skrzyżowania/przed bramą wjazdową/w koronie drzewa/na lampie. Ale kto nie ryzykuje, nie pije szampana i nie je sushi - parafrazując ulubione powiedzenie pewnej celebrytki. Odbiłam się od drzwi kilku miejsc i wylądowałam w Horai - restauracji w której jadłam pierwsze sushi w życiu.

Jeśli internet nie kłamie to lokal istnieje od 1995 roku i przez ten okres zdążył przenieść się z Placu Wolnica 9 do budynku oznaczonego numerem 4. Pod starym adresem byłam z 8 (lub więcej?) lat temu, zapamiętałam z niego ładne wnętrze i zestaw z nigiri z rybą maślaną. Walentynki okazały się więc niezłą okazją, aby sprawdzić czy zostało coś z sentymentu do lokalu w którym straciłam swój sushi wianek.

Obecna siedziba jest przestronna, ładna, z dużym barem usytuowanym blisko wejścia. Małe stoliki w pobliżu baru są ustawione dosyć blisko siebie, dlatego lepiej upolować coś na sali. Mimo sporej ilości ludzi kelnerka od razu znalazła nam stolik, szybko nas obsłużyła i pomogła po chwili przenieść się do większego stolika (co też jest dużym plusem, bo w walentynkowy wieczór mogła tam po prostu wcisnąć nowych ludzi).

Menu spowodowało u nas wzmożoną pracę ślinianek: Horai ma bardzo duży wybór sushi w dobrych cenach (w tym także zestawy), mnóstwo zup i dań kuchni tajskiej (pad thai, curry na n sposobów), zupy japońskie, mięso z grilla kantońskiego, potrawy z mięsa, owoców morza, duży wybór dań wege, smażone nudle, herbaty japońskie...klęska urodzaju! Do tego jeszcze promocje na każdy dzień tygodnia. Jeśli chodzi o samą kartę, to gradienty i zabójcze fonty trochę kojarzyły mi się z jakimś zajazdem w drodze do Zakopca, no ale nie będę jadła karty, tylko jej zawartość:)

Zamówiłam z koleżanką dwa zestawy (wegetariański Midori + nigiri ebi, drugi samodzielnie skomponowany z łososiem, rybą maślaną, futomaki sakana i hosomaki specjalne shake filadelfia). Nie musiałyśmy długo czekać, obsługa uwija się bardzo sprawnie, a do tego wszystkie kawałki były idealnie sklejone i nie rozwalały się. Rolki były duże -  po skończeniu setów nie było miejsca w żołądkach na dokładki, do tego składniki świeże i smaczne. Jedyne zastrzeżenie miałyśmy do ryżu: nic się nie rozwalało, ale w moim odczuciu był zbyt zbity, dla koleżanki zaś twardy. 
Horai oferuje również dowóz za pośrednictwem pyszne.pl, więc jeśli nie chcecie faktygować się na Kazimierz, możecie też zamówić wszystkie dania do domu.

0 komentarze:

One more cup of coffee... / Fitagain Cafe

lutego 14, 2017 KochamJesc 0 Comments


Zawsze kiedy przebiegałam w pośpiechu przez Szczepańską, mój wzrok przyciągała piękna witryna Fitagain Cafe i uśmiechnięci klienci pochyleni nad kawami w charakterystycznych błękitnych kubkach. Przeszklone wejście, drewniane framugi w kolorze ciepłego brązu, eleganckie złote logo i błękitny szyld przywodzą na myśl urocze paryskie kawiarnie. Równie uroczo jest po przekroczeniu progu lokalu. Wewnątrz witają przytulne, błękitne kanapy, surowa cegła, industrialne lampy, kolorowe grafiki powieszone na ścianach. Kawiarnia jest dosyć wąska, ale za korytarzem czeka jeszcze jedna sala z regałem pełnym książek (i ku mojej radości, była tam polska fantastyka).
Już od 7 można tutaj wpadać na śniadanie. W karcie 5 opcji: wege, granola, owsianka, jajecznica, omlet (8-12 zł). Można równie dobrze zamówić którąś z pięciu kanapek, sałatek, jogurtów (dwie objętości, ponad pół litra za ok. 12 zł) albo naleśników. Kanapki (11-12 zł) mogą rozczarować na pierwszy rzut oka, bo to dwa niewielkie trójkąciki chleba podane na drewnianej desce. Wyglądają trochę jak pakowane sandwiche, które dostępne są w sklepie w mojej pracy. Muszę jednak przyznać, że smakują dobrze, pieczywo jest świeże, a składniki smaczne. Na ciepło można jeszcze zjeść quiche, a jeśli zaczynacie dzień od słodyczy, to za szklaną gablotą znajdziecie sporo pysznie wyglądających ciast (owocowe, brownie, czekoladowe, marchewkowe i inne).
Fitagain kusi także zestawami lunchowymi w cenie 25 złotych (zupa plus drugie danie mięsne lub wegetariańskie), których jeszcze nie miałam okazji próbować (a z tego co widziałam na stronie, zmieniają się dosyć często). 
Oferowane warzywne i owocowe smoothies są nie tylko smaczne, ale i duże (dostępne dwie objętości). Herbatę i kawę można dostać w trzech wielkościach. W przypadku kawoholików gigantyczny kubek latte za 14 zł będzie dobrym interesem, ale herbaty raczej nie opłaca się brać w największej wersji. Może to kwestia samej herbaty, a powinnam była parzyć ją jeszcze dłużej, ale w takiej ilości wrzątku była za mało intensywna. Kawa za to pyszna. Wspomniane wyżej ciasta nie tylko wyglądają dobrze, ale po prostu są dobre.
Obsługa mogła być trochę szybsza, zwłaszcza, że lokal nie był pełny (z drugiej strony nie czekałam tak długo jak w Charlotte)*, ale była uprzejma i uśmiechnięta. Jeśli dodamy do tego muzykę nie zagłuszającą własnych myśli, to otrzymujemy idealne miejsce na leniwy poranek nad książką i dobrym posiłkiem. Lokalizacja też jest na plus: ścisłe centrum i ładne widoki na spokojną ulicę.

*czyli wieczność 

0 komentarze:

Z padem po restauracjach / Jedzenie w grach cz.1

lutego 04, 2017 KochamJesc 1 Comments

Ludzkiego mięsa w tym wpisie na szczęście nie znajdziecie (The Walking Dead)

Po Miyazakim przyszedł czas na jedzenie w grach. Jest to oczywiście temat-rzeka, którego nie da się zamknąć w jednym wpisie, dlatego na początek kilka pozycji z ostatnich lat (Simsy odpadają, tam jest wszystko!). Jeśli lubicie gotować i mielibyście ochotę sami odtworzyć potrawy z gier, to gorąco polecam lekturę fantastycznych blogów o tej tematyce: anglojęzycznych Gourmet Gaming i Geeky Chef oraz naszych krajowych Paulina Wnuk i Nerd's Kitchen. Tych, którzy wolą gotowce, zapraszam do lektury poniżej.

Fallout 4 

Może Paladyn Danse uważa go za chińskiego szpiega, ale nudlom nigdy nie mówimy "nie"
Żarcie w Falloucie można podzielić na to, które nie istnieje i to, które doprowadziłoby was do choroby popromiennej. Na szczęście mamy jego nadające się do konsumpcji odpowiedniki z realnego świata. Zachciało się nudli jak od Takahashiego?* Tych w Krakowie nie brakuje. Odwiedzić można ZenHana SushiNamNam Noodle Bar. Z mięsem szpona śmierci będzie gorzej, nie polecam wam zjadania kameleonów ze sklepów zoologicznych. Za to w Makro dostaniecie nie mniej egzotyczne mięso krokodyla, zupełnie legalnie. Czasami w większych supermarketach pojawiają się jaja strusi (najbliższe gabarytowo do jaj szpona), można też się po nie pofatygować do fermy w Żegocinie. Macie smaka na muchę mięsną, radrakana, radskorpiona albo mrówki? Nienapromieniowane produkty zamówicie z Thailandunique (nie będą też tak wielkie, jak te z gier). Warto wybrać się też do food trucka Walentego Kanii - kiedyś miał w ofercie jedwabniki. Zamienniki Psycho i Jeta też można kupić, ale może bezpieczniej pozostać przy robactwie i (nuka) coli ;)
*ciekawostka: jedyny tekst jaki wypowiada robot jest zaczerpnięty z Blade Runnera.

Seria Wiedźmin


Wieprzowina, pierożki, miody, kanapki z kurczakiem lub szynką, potrawka z baraniny, kozie mleko, słodkie bułki, maliny, suszone ryby - brzmi znajomo? W Wieśku rzadko pojawia się jedzenie, którego nie można byłoby znaleźć na polskich stołach. Kogel-Mogel oferuje świetną polską kuchnię (gęś, perliczki, jagnięcina, sarna, dobry wybór win), a przy okazji wnętrze przypomina domy zamożnych mieszkańców Novigradu. Wszystko co najlepsze w polskiej kuchni znajdziecie również w restauracji Miód i Malina na ulicy Grodzkiej. Nowoczesne wnętrza, ale tradycyjne potrawy oferuje Zalewajka (a przy okazji w ofercie są też regionalne wina). Jeśli lokal ma przy okazji przypominać którąś z karczm z gier, możecie odwiedzić W Starej Kuchni i Gościnną Chatę.
A uszka z barszczem dostaniecie praktycznie wszędzie

Skyrim 

Moje smocze okrzyki brzmiałyby bardziej jak "food mi daj"

Mieszkańcy Skyrim musieli mieć apetyt jak sam Aldiun, półki domów zazwyczaj uginały się od jedzenia. I jak w przypadku Wiedźmina, są to produkty, które można dostać bez trudu w większości restauracji. Przyszła ochota na tartę jagodową? La Baguette i Bonhour Cava na pewno będą miały taką w swojej ofercie. Małże, kraby i pieczonego łososia warto spróbować w Farinie. Te pierwsze dostaniecie w świetnej cenie i wyśmienicie przyrządzone w Karakterze.  Jeśli zając, to koniecznie Albertina, a dań z dziczyzny można spróbować w Pod Baranem (w tym także mięsa dzika). Po kozi ser (i mnóstwo świeżych, ekologicznych produktów) można wpaść na Stary Kleparz. Jelenia i inne obłędnie przyrządzone mięsa spróbujecie w Rubinsteinie, przygotujcie się tylko na dosyć wysokie ceny. Kapuśniak sprawił mi najwięcej problemu - nie przypominam sobie, aby oferowano go w żadnym barze czy nawet przydrożnym zajeździe w którym byłam. Musicie chyba zdać się na swoje umiejętności kulinarne albo mamę/teściową.

Life is Strange


Ech, gdyby każdy wybór w tej grze był wyborem między omletem a gofrem... W Life is Strange nie było za dużo jedzenia, ale nie mogłam ominąć tej pozycji z dwóch powodów: po pierwsze, to był chyba mój najlepszy zakup na Stamie odkąd go mam; po drugie, być może wybór głupiego naleśnika miał wpływ na dalsze losy świata. Gofry, jaja z bekonem, omlet z bekonem i naleśniki to jedzenie, które znajdziecie w Krakowie bez trudu. Za takimi śniadaniowymi opcjami możecie się rozejrzeć w Forum Przestrzenie (menu się zmienia, ale na pewno były w nim kiedyś przepyszne naleśniki z bekonem), Międzymiastowej (śniadania za bezcen do kawy), MomencieNovej czy Fitagain Cafe.

Wszystkie screenshoty "zapożyczone" z witcher.wikia, fallout.wikia, skyrim.wikia lub tumblra. 

1 komentarze: