Pour some sugar on me / Cukiernia Szarotka

marca 22, 2017 KochamJesc 0 Comments


Nie wszystkie dobre cukiernie muszą mieścić się w ścisłym centrum. Nie każdy lokal ze słodkościami musi serwować produkty przypominające nowoczesne rzeźby. I nie potrzeba w składzie marcepanu z Walencji, galaretki z marakui i kawy Kopi Luwak, żeby dało się przełknąć ciastko (chociaż jak ktoś takie ma, to ja je chętnie przygarnę :D).
Cukiernia Szarotka znajduje się blisko mojego obecnego miejsca zamieszkania. Często mijałam w pośpiechu lokal znajdujący się przy prywatnym budynku, nie mając pojęcia że w środku kryją się jakieś słodkie skarby. Któregoś dnia zwabił mnie piękny zapach i nie pożałowałam. Szarotka to rodzinny biznes z ponad 20-letnią historią. Lokal jest niewielki, ostatnio przeszedł mały lifting. W ofercie znajdziecie całą gamę tradycyjnych wypieków: wuzetki, kremówki (z masą budyniową i śmietankową), pączki, ziemniaczki, eklery, makowce, torty okolicznościowe. Nie ma co się specjalnie rozpisywać - wszystkie produkty są świeże, pyszne, a przede wszystkim cenami biją lokale z centrum (i nie tylko) na głowę. Dwa pączki, dwa eklery i jedno ciastko ze zdjęcia powyżej kosztowały mnie w sumie tyle co jedna beza w Lukullusie. Jeśli macie słabość do deserów "jak od mamy" i jesteście na Prokocimiu, to warto tam zajrzeć. Cukiernia otwarta jest siedem dni w tygodniu.

0 komentarze:

Eat your greens, especially broccoli / Zielonym Do Góry

marca 19, 2017 KochamJesc 0 Comments


Jest przynajmniej 420 powodów, dla których warto sięgać po zieleninę, albo ściślej - świeże warzywa i owoce (we wszystkich możliwych kolorach i kształtach). Sezonowość i lokalność urosły już do rangi trendów, choć nie zawsze odzwierciedla się to w kartach restauracji reklamujących się powyższymi hasłami. Tym bardziej zaciekawiła mnie zupełnie nowa pozycja na krakowskiej mapie - Zielonym Do Góry. Twórcom przyświecała idea stworzenia zdrowej, tradycyjnej kuchni, która jednocześnie nie będzie szablonowa. Karta opiera się na lokalnych produktach i własnoręcznie robionych przetworach. W lecie będą królowały warzywa, owoce i ryby, obecnie sporo kiszonek, konfitur i pikli. Ma być smacznie, ma być zdrowo, ma zrobić dobrze mięsożercom i wegetarianom. Tyle obietnic. A jak było?


Na początek kilka słów o samym lokalu. Jest jasny, nowoczesny, a z surowymi, betonowymi elementrami i drewnem kontrastuje ogromna ilość pięknej zieleni: rośliny w drewnianych skrzyniach, drzewka w masywnych donicach, a na jednej ze ścian roślinność tworzy splątany, żywy kobierzec. Wnętrze restauracji możecie sobie podejrzeć tutaj. A tymczasem przejdźmy do karty, z której wypróbowałam kilka pozycji.
Uwaga: Prawie wszystkie dania na zdjęciach pojawiły się w wersji degustacyjnej i są mniejsze niż to co dostaniecie w lokalu.

Eksplozja smaku nastąpi za cztery minuty i czterdzieści trzy sekundy

Zakąska 1: Placki pakora z kiszoną cukinią, chilli z konfiturą z cykorii, mus z wędzonej makreli (15 zł)

Czy to kostka brukowa, czy papier ścierny? Żadne z powyższych. To pyszny i leciutki mus z makreli w towarzystwie równie pysznych placuszków z konfiturą. Plus za smak i estetykę.

Zakąska 2: Kiszka ziemniaczana z dodatkiem curry w sosie z kiszonych warzyw (14 zł)


To kolejna przystawka do której nie można było się przyczepić. Smaczna i aromatyczna.

Zakąska 3: Pierogi nadziewane rybą słodkowodną z dodatkiem kiszonej kapusty i sosu paprykowego (17 zł)


Ja mam taki mały odchył i lubię lekko rozgotowane pierogi, więc bardzo smakowały mi te, które nam zaserwowano. Natomiast reszta gości wolała by gotowały się minutę krócej. Farsz był bez zarzutu, za to sos paprykowy - poezja!


Zakąska 4: Podpłomyk, prażynki ryżowe i gryczane podawane z hummusem z białej fasoli oraz konfiturą z czerwonej cebuli (12 zł)


Tutaj pierwsza mała wtopa - danie nie było bezmięsne (o czym nie informowała karta, nie ma w niej właściwie tego typu oznaczeń). Pasta fasolowa smaczna i lekka, chociaż raczej nie nazwałabym jej hummusem.


Zakąska 5: Maczanka z karmelizowaną cebulą, musem jabłkowym i keczupem z cukinii (16 zł)


Takich wynalazków jak maczanka zazwyczaj nigdzie nie zamawiam, bo za nimi nie przepadam. Tutaj mi smakowała. Ciężko było nazwać ją wilgotną i była też dosyć słodka, co nadawało jej deserowy charakter. Jeśli marzy wam się klasyczna maczanka, to możecie się jednak rozczarować.

Zupy 

Kwaśnica z czerwonej kapusty (9 zł), pikantna zupa z owocami morza na domowym kimchi (15 zł) i żurek na zakwasie (11 zł) - trzy smaczne pozycje w bardzo dobrych cenach.

Dania główne


Curry z czerwonej kapusty z ryżem jaśminowym, żurawiną i plastrami antrykotu (29 zł) raczej nie podbiło naszych serc i żołądków - było trochę bez wyrazu. Indyk z kaszą, musem jabłkowym i cebulą duszoną w piwie (24 zł) spotkał się dla odmiany z uznaniem. Reszta testowanych potraw na szczęście też nie odbiegała od niego jakościowo.






Desery


...znajdziecie w karcie trzy, wszystkie w cenie 12 złotych. Ciasto z buraka z lodami z kiszonej gruszki, crème brûlée z kaszy jaglanej z konfiturą z mango oraz tarta Tatin z ananasem, przyprawami korzennymi i lodami z maślanki - nie jest to ogromny wybór, ale wielbiciele słodkości nie będą mieli powodów do narzekań. Crème brûlée bardzo oryginalny, nie zapycha, a świetnie smakuje.


Na zdjęciach zabrakło chleba wypiekanego na miejscu, za szybko zniknął, bo był bardzo smaczny :) Oczywiście karta kryje jeszcze trochę skarbów, między innymi menu dla dzieci - dwie zupy, trzy dania główne i dwa desery. Do tego jest jeszcze cała strona śniadań serwowanych z kawą lub herbatą w cenie (kanapki, zapiekanki, tosty, jajecznica, pankejki, potrawy na słodko) mieszczących się w przedziale cenowym 12 - 19 zł. Dostępne są też zestawy lunchowe. Pewnym zaskoczeniem była karta win. Poza winem domu, znajdziemy tam raczej droższe pozycje (co też stanowi kontrast do bardzo przystępnych cen w karcie dań). Całe menu znajdziecie tutaj.

Pierwszy dzień działalności Zielonym Do Góry wypadł bardzo dobrze i bez większych wpadek. Przydałoby się oznaczyć w karcie wege dania, trochę doszlifować te potrawy, które tego wymagały. Z przyjemnością wrócę tutaj wypróbować pozostałe dania i z niecierpliwością czekam na wiosenną wersję menu.

0 komentarze:

Carbonara Rules Everything Around Me / L'Officina della Pasta

marca 13, 2017 KochamJesc 0 Comments



Kolejne Centrum Zarządzania Makaronem o wdzięcznej nazwie L'Officina della Pasta pojawiło się na ulicy Gołębiej 5 w październiku ubiegłego roku. Właściciele Włosi, włoska kuchnia i wystrój bardziej włoski niż we Włoszech - to trzy rzeczy, które powinny zachęcić przeciętnego Polaka do odwiedzin.
Zacznijmy może od tego wystroju, który faktycznie jest w dobrym guście. Na ścianach czerwona cegła, na podłodze płytki układające się w piękne ornamenty. Nie brakuje zieleni, widać, że za identyfikację wizualną nie zabrał się kuzyn szwagra, tylko agencja reklamowa. Jest elegancko, ale jeszcze nie w sposób wymuszający na klienteli wbicie się w najlepszą garsonkę na czas odwiedzin. L'officina ma jedną główną salkę, więc jeśli zależy wam na odrobienie intymności, to najlepiej zająć któryś ze stolików przy oknie wychodzącym na ulicę. 
Tak jak można spodziewać się po nazwie lokalu, karta zdominowana jest przez makarony. Dostępne są raptem trzy przystawki (włoskie wędliny i sery z gnocco fritto), trzy sałatki (Caprese, Campagnola z serami oraz grillowanymi i marynowanymi warzywami, di Mare z owocami morza). Do tego w karcie można jeszcze znaleźć carpaccio wołowe i zupy: toskańską rybną, minestrone, krem grzybowy (ten ostatni zamawiałam - smaczny). Niezależnie od tego czy zamówicie przystawkę, czy nie, obsługa i tak da wam przed posiłkiem mały poczęstunek. W naszym przypadku były to kawałeczki polenty podane na łupkach. Fanką powyższej raczej nie zostanę:) 
Jeśli odczujecie potrzebę zjedzenia czegoś pizzo-podobnego, to w karcie znajduje się jeszcze focaccia (pomidory i ser, włoska gotowana szynka albo szynka parmeńska z gorgonzolą). Jeśli nie, to możemy przechodzić do najważniejszej części menu, czyli makaronów. A tych oczywiście jest najwięcej, do tego w karcie ładnie pozaznaczano co nadaje się dla wegetarian, a co nie. Oferowane rodzaje powinny zadowolić nawet dosyć wybredne osoby - jest tagliatelle, gnocchi, casarecce, ravioli, pappardelle, maltagliati - kształtów do wyboru wam nie zabraknie. Sosów także: od warzywnych (pomidorowe, grzybowe, dyniowe) po zawierające mięso (carbonara, włoska kiełbasa z brokułami, owoce morza).
Na naszym stole podczas poprzedniej wizyty wylądowało tagliatelle z pomidorami, serem Grana Padano i bazylią (smaczne, choć ilość pozostawiła lekkie uczucie niedosytu) i gnocchi dyniowe w sosie dyniowym z fondue z alpejskich serów (strzał w dziesiątkę jeśli chodzi o smak i uczucie sytości po zjedzeniu). Tym razem padło na makaron z serem pecorino i czarnym pieprzem (w końcu mniej znaczy więcej!) oraz czarne spaghetti z owocami morza i pomidorkami koktajlowymi. 
Makarony nas nie zawiodły, choć w pojedynku na smak owoce morza zdecydowanie wygrały z serem i czarnym pieprzem. Menu kusiło jeszcze kilkoma pozycjami (warzywa, sery i owoce morza w tempurze, risotto z prawdziwkami). Dań typowo mięsnych prawie w nim nie ma, ale pojawiają się czasami w zestawach lunchowych. Chociaż najadłam się ze swoją towarzyszką makaronami do syta, został nam jeszcze ten magiczny schowek w żołądku na deser. 
Na nasz stolik wjechał więc deser Semifreddo i jabłecznik z lodami. Jabłecznik był pyszny, ale drugi deser ani nas ziębił, ani grzał (w sensie przenośnym, temperaturę miał odpowiednią;). Bilans niezły, choć przy tej ilości dobrych cukierni i kawiarni ze słodkościami w okolicy wolałabym jednak jakąś słodką "petardę" .
Dużym plusem L'Officina della Pasta jest miła i kompetentna obsługa. Nie należę do klientów - upierdliwców. Oczekuję tylko, że zamówienie dostanę zanim umrę z głodu i nie będę czekała pół godziny, aż ktoś podejdzie do stolika. Ekipa z restauracji na Gołębiej nie daje nikomu długo czekać, interesuje się, czy gościom wszystko smakuje a jednocześnie nie jest nachalna. Podczas trzeciej wizyty nawet ucięłyśmy sobie z jedną z kelnerek kilkuminutową miłą pogawędkę. Chciałabym, żeby w każdej krakowskiej restauracji pracowały tak sympatyczne osoby. Dziwiło mnie za to, że podczas każdej z moich weekendowych wizyt lokal był prawie lub zupełnie pusty. Co prawda z czasem zapełniał się klientami, niemniej tak ładne miejsce z dobrą kuchnią oddalone od Rynku o raptem dwie minuty na nogach powinno być okupowane przez wygłodniałych turystów. Może spokojna Gołębia nie jest aż tak uczęszczana jak inne ulice, a może to kwestia krótkiej bytności restauracji na krakowskim rynku. Niezależnie od przyczyn, macie miejsce do nadrobienia. 

0 komentarze:

Come to daddy / Burgertata

marca 10, 2017 KochamJesc 0 Comments

Burger vegański
Równowaga w przyrodzie musi być. Ostatnio pisałam o kolacji dla wegetarian, a dzisiaj będzie mięso. Nawet całe góry mięsa - pysznego, aromatycznego, świetnej jakości! Zresztą nazwa ulicy (Rzeźnicza) zobowiązuje ;)

Mam gdzieś nektar i ambrozję, wolę chrupiący bekon i słodki syrop
Co znajdziecie pod numerem drugim? Jest to doskonale znany krakowskim foodies Burgertata. Tata karmił was już na Krupniczej i Prochowej, dowoził swoje specjały (nie tylko) mięsożercom, a teraz poszerzył się o kolejny, bardzo przestronny lokal. Jeśli też należycie do osób z zerową orientacją w terenie i nawet z nosem w mapach Google wpakujecie się w najbliższą ścianę, to mogę od razu odesłać was na Rondo Grzegórzeckie na przeciwko przystanku tramwajowego.

Sosy są tak pyszne, że można je wyjadać palcem bez dodatków ;)
Spokojnie, to tylko połówka
"Panie, to nie jest salon damsko-męski,(...) ja tu mięso mam!" krzyczy właściciela kiosku w kultowej scenie z nie mniej kultowego Misia. Przekraczając próg nowo otwartej restauracji Burgertata trochę czułam się jak w salonie damsko-męskim (tylko z mięsem): bardzo ładne, industrialne wnętrze z powodzeniem mogłoby udawać SPA. "All you need is love, cheese and bacon" informuje śliczna grafika w sali w głębi restauracji - i trudno się z tym hasłem nie zgodzić. Ale poza nowoczesnym i dużym lokalem, Burgertata ma dla was jeszcze inne atrakcje.

Jak nie burger, to może kanapka?
W menu znajdzie dobrze znanie i lubiane burgery w dwóch rozmiarach (100 lub 200 g mięsa). Pyszne, chrupiące buły z Piekarni Mojego Taty, mięso wysmażone w sam raz (jestem pewna, że fragment o wysmażeniu zawsze wywoła kontrowersje u kogoś, komu trafił się burger inny niż chciał, więc - mięso zawsze dostawałam wysmażone tak jak sobie tego życzyłam. Amen). Do wyboru wersje z różnymi serami, dla mniejszych i większych mięsożerców, na ostro, na słodko, jest w tej świątyni mięcha nawet jeden burger dla wegan.

No cześć
Na pewno zachwycą was pieczone mięsa w bułce. Do wyboru macie cztery w dwóch rozmiarach (ponownie 100 i 200g) w cenach od 14 do 23 złotych. Co dostajecie za swoje złotówy? Długo pieczone, rozpływające się w ustach aromatyczne mięso (wołowina, wieprzowina, wędzone żeberka w sosie barbecue lub bekon) w asyście czerwonego colesława (tylko bekon serwowany jest z sałatą, pomidorem i sosem Oremayo) i chrupiącej pszennej bułki. Less is more jak głosi modne hasło zwolenników minimalizmu, a i w przypadku powyższego dania nie trzeba więcej dodatków - pyszne mięso broni się swoim smakiem.

Niech gabaryty was nie rozczarują, zamówiłam najmniejszy kawałek, bo byłam już pełna po innych daniach
W dobrych cenach zajdziecie jeszcze pięć solidnych kanapek: włoską (Salami Napoli, Prosciutto Cotto, Speck, ser Provolone, warzywa i sos), angielską (bekon, grillowana kiełbaska, pieczarki, jajko, chipsy, grillowany pomidor), polską (bekon, grillowana kiełbaska, wędzone żeberka, ogórek kiszony, musztarda miodowa), indyjską (hello wegetarianie - grillowany ziemniak, burak, chutney z kolendry, ogórek sos pomidorowy) i amerykańską chicken club (grillowana pierś z kurczaka, bekon, pomidor, sałata i sos majonezowy).

Miejsca starczy dla wszystkich głodomorów

Ps. To prawda.
Możecie nie przepadać za podróżami, możecie nie być fanami multi-kulti*, no ale umówmy się - taką kanapkową odyseję chyba każdy chciałby odbyć. Ostatnie, ale nie mniej istotne - słodkości! Jest sernik, jest i gęste, czekoladowe brownie z solonym karmelem. Palce lizać!
Oczywiście najlepiej przekonać się samemu. Burgertata na Rzeźniczej debiutuje dzisiaj, a ja jestem ciekawa, czy wam również przypadnie do gustu.

Pyszności


*chociaż sama chyba nie znam nikogo, kto nie lubi podróżować

0 komentarze:

Endorfiny wliczone w cenę / Eataway u Sumony

marca 07, 2017 KochamJesc 0 Comments

Ten stół już z daleka zapraszał do obżarstwa
Na pewno zdarzyło wam się być na domowej kolacji przygotowanej przez uzdolnionego kulinarnie znajomego. Może nawet robiliście zrzutę na składniki. Marta Bradshaw ze współpracownikami poszła o krok dalej i stworzyła Eataway - platformę do rezerwowania domowych posiłków. Jak to działa? Zakładasz konto (Gmail lub Facebook przyspieszają ten proces), wpisujesz miasto, wybierasz wydarzenie i rezerwujesz (płatność z góry online lub gotówką na miejscu). Nie pasuje data? Nie ma sprawy, można zaproponować własną. Nie chcesz ruszać się z domu? W porządku, jedzenie przyjedzie do Ciebie - Eataway ma też opcję dowozów. Czujesz się na siłach, aby gotować dla innych? Możesz dołączyć do inicjatywy jako kucharz. Dodatkowym smaczkiem jest duża liczba gotujących obcokrajowców, co daje niepowtarzalną okazję do poznania innej kultury i wypróbowania specjałów z różnych części świata.

Przepyszna zupa na dobry początek
Eataway'owych posiłkach przeczytałam dużo dobrego, ale udało mi się wybrać na jeden z nich dopiero w miniony poniedziałek. Wybór padł na "Veggie Lovers" u Sumony.
Punktualnie o 19 pojawiłam się pod wskazanym adresem wraz z siódemką (plus małe dziecko) innych gości, których wcześniej nie widziałam na oczy. Jak to w niemalże milionowych miastach bywa, zaraz okazało się, że mamy wspólnych znajomych :D Powitała nas drobniutka, pięknie uśmiechnięta gospodyni wraz z mężem i nieco ponad dwuletnią córeczką. Sumona pochodzi z Bangladeszu, ale od trzech lat mieszka ze swoją rodziną w Europie. Jej mąż Hasan zajmuje się pracą naukową na jednej z krakowskich uczelni, a Sumona dzieli swój wolny czas między opieką nad dzieckiem, a pielęgnowaniem swoich pasji: podróży, ogrodnictwa, fotografii i oczywiście gotowania. Gospodyni zaprosiła nas do pięknie udekorowanego stołu: oczy cieszyły takie drobiazgi jak ładna zastawa, czy oryginalna szklanka Coca-Coli z bengalskim logo.

Ucztowanie czas zacząć - warzywne curry, aromatyczny dal, naan i ryż, który nie znalazł się w kadrze
Atmosfera szybko stała się bardzo swobodna. W pierwszej kolejności na stole pojawiła się zupa-krem z ziemniaków z imbirem, czosnkiem, przyprawami i papryczkami. Aromatyczna, ale ostrością dostosowana do polskich podniebień zupa przypadła wszystkim do gustu. Sumona zaserwowała do niej warzywne placuszki aloo tikki i sosy do wyboru (musztardowy, tamaryndowy chutney, ziołowy - wszystkie robione w domu). Gospodyni chętnie odpowiadała na wszelkie pytania związane z kulinariami i jej krajem rodzinnym.

Jedna z wielu porcji, jakie wylądowały na moim talerzu
Jako główne dania podano warzywne curry oraz dal chorchori - mocno przyprawioną potrawę na bazie soczewicy, idealną do zjedzenia z ryżem lub chlebkiem naan. Zresztą dokładnie te dwa dodatki wylądowały na stole, ale i tu czekała nas miła niespodzianka. Naany miały smak czosnkowy i puszystą, kremową w posmaku konsystencję - jak wyjaśniła Sumona, w jej rodzinnym kraju naany przyrządza się w taki sposób. Ryż Basmati został uprzednio namoczony i przygotowany z olejem, cebulą i przyprawami. Dzięki temu nie kleił się i miał wyjątkowo smak nawet przed wymieszaniem go z dalem. Potrawy były pyszne i tak sycące, że ciężko nam było uporać się z całością.

Dla każdego coś miłego, czyli domowe sosy
Po posiłkach podano napój lebu paani. Lemoniada na bazie cytryn, cukru i przypraw miała nietuzinkowy smak: słodko-cierpko-słony. Przypominała trochę napoje izotoniczne. Następnie zaserwowano nam słodką herbatę z przyprawami i mlekiem. Na pysznościach wieczór się nie zakończył. Hasan zorganizował dla gości quiz podobny do Familiady, a Sumona wykonała na dłoniach uczestniczek kolacji mehndi, czyli dekoracje z henny.

Kolacja i SPA w jednym? Czemu nie?
Nie mam wątpliwości, że wrócę jeszcze do Sumony. Na pewno wypróbuję też posiłki u innych osób ogłaszających się na Eataway. Jeśli nie jesteście introwertykami, to gorąco zachęcam do wybrania się na któreś z Eatawayowych wydarzeń. W najgorszym wypadku wyjdziecie tylko z pełnymi brzuchami, a w najlepszym - z nowymi przyjaźniami.

Prawie wszyscy uczestnicy kolacji - dziękuję wam bardzo za mile spędzony czas :)

0 komentarze: