Już był w ogrodzie, już witał się z GĄSKĄ / Restaurant Week

kwietnia 24, 2017 KochamJesc 0 Comments


Do miejsc z kuchnią polską ciągnie mnie mniej więcej tak bardzo, jak przeciętnego fana schaboszczaka do restauracji wegańskiej. Ale to nie jest tak, że gardzę naszym pierogowo-bigosowym gastro-dorobkiem narodowym. Wręcz przeciwnie, mam swoje ukochane pozycje (jak wigilijne uszka z barszczem). Problem z tym, że często trafiam na kiepsko przyrządzone potrawy, czy to w restauracjach, czy u prywatnych osób (to drugie to zgroza, bo nie wypada odłożyć pełnego talerza na bok). Dlatego decyzja o wypróbowaniu w ramach Restaurant Week zestawu z Gąski serwującej typowo polską kuchnię, była pewnym wyzwaniem:)

Lokal mieści się dwa kroki od pięknego Rynku Podgórskiego. Restauracja jest przestronna i przytulna, przy okazji w dniu mojej wizyty była tak czysta, jakby otwarto ją tego samego dnia. Wewnątrz jasno, dosyć intymnie, z głośników płynie nienachalna polska muzyka (bardziej Czesław i Zbyszek, niż Taco Hemingway). Obsługiwał mnie bardzo miły kelner, a na dania nie czekałam długo - na to drugie wpłynął pewnie fakt, że o tej porze lokal był jeszcze prawie pusty.

Zanim na stole pojawiły się pierwsze potrawy z festiwalowego menu, dostałam starter - smalec, ogórki, odrobinę pieczywa. Porcja malutka, w sam na ząb przed tym co miało mnie za chwilę czekać - na plus na pewno było smaczne i świeże pieczywo. Pierwszy wjechał ser koryciński podawany na rukoli z sosem malinowym. Ser bez zarzutu (do tego nie było go mało), sos bez zarzutu, tylko ta rukola jakoś mi tam nie pasowała. Następnie dostałam zupę pomidorową z makaronem, porcja w sam raz dla dwóch osób. Jeśli jest to taka sama ilość jak w menu, to nic tylko brać - dobra cena, jeszcze lepszy smak.

Przeczuwając, że mogę eksplodować jak nieszczęsne truchło wieloryba na duńskiej plaży (oszczędzę wam filmiku tym razem), poprosiłam o skromniejszą porcję placków ziemniaczanych, które miały być głównym daniem. Placki wjechały na stół i tak w takiej ilości, że zjadłam tylko połowę.

Sos kurkowy smaczny i nie oszukany (czytaj: dużo grzybów), placki dobrze doprawione, wysmażone w sam raz i nie ociekające tłuszczem. Nie dostałam też po nich śpiączki spożywczej, ani innych atrakcji które ma się po stuletnim oleju. W tym momencie musiałam już ratować się chrzanówką i odczekać kilka minut, bo jeszcze miał mnie czekać deser. Jabłko zapiekane pod kruszonką z gałką lodów waniliowych było nokautem, po którym padłam niemalże bez tchu. Dodam, że byłam w stanie zjeść tylko kilka łyżek deseru, resztę zapakowałam do domu, bo żal było go zostawić. Jeśli zdecydujecie się na rezerwację festiwalową w Gąsce (zostały jeszcze miejsca) to na pewno nie będziecie rozczarowani ilością jedzenia.

 And finally, monsieur, a wafer-thin mint.


Możesz zajrzeć też tutaj

0 komentarze: