ATO było po prostu niebo w gębie / Ato Sushi

września 04, 2017 KochamJesc 1 Comments


Jak myślicie, gdzie pracuje finalista zeszłorocznego World Sushi Cup, jeden z najlepszych sushi masterów na świecie? Nie musicie wsiadać w najbliższy samolot do Japonii, bo Kaspra Krajewskiego - a o nim mowa - znajdziecie w ... Łodzi.

Po pierwszym nigiri chyba miałam jakieś zwarcie w mózgu
Mam znajomych z Krakowa, którzy od czasu do czasu jadą ponad 200 kilometrów tylko po to, żeby najeść się w obsypanym nagrodami Ato Sushi. Sama miałam okazję przekonać się dopiero niedawno, że wszystkie ochy i achy nie były przesadą.

W tym momencie pożałowałam, że mój żołądek nie jest z gumy
Ato to kameralny lokal, który znajdziecie na jednej z przecznic ulicy Piotrkowskiej. Wewnątrz bardzo minimalistycznie i niemalże bez ozdób. Za ladą, na stosunkowo małej przestrzeni uwijało się sześć osób i trzeba przyznać, że robiły to wyjątkowo sprawnie. Ato oferuje dostawę do domu, więc poza zestawami dla gości, spod dłoni sushi masterów wychodziło też sporo kawałków, które wędrowały dalej do jakiś szczęśliwców w Łodzi.

W menu znajdziecie przystawki (m.in. ceviche, krewetki, tatar), zupy, dania z makaronem, a nawet kaczkę - mnie oczywiście najbardziej interesowało sushi. Mamy więc w karcie nigiri: - zero udziwnień, za to same świeże ryby  i owoce morza (okoń morski, seriola, łosoś, tuńczyk, węgorz słodkowodny, ośmiornica, krewetka, kawior z łososia). Kilka rodzajów hosomaki, uramaki i futomaki, oraz fashion uramaki, czyli takie cuda jak grillowany węgorz, mango, tuńczyk, chilli, lub szparagi w panko, sos sezamowy, jalapeno, seriola, pikle wasabi, czy ananas, krewetka w kokosie, okoń morski, chilli, kolendra, mięta, avocado. Nie zabrakło też sashimi. Sushi można oczywiście zamawiać w formie zestawów.

Dostałam miejsce przy ladzie, więc miałam okazję przyglądać się pracy sushi masterów z bliska. Zdałam się też na ich wybór - poprosiłam tylko, by na mój talerz trafiło sporo ryb i coś mniej banalnego niż futomaki filadelphia, które dostanę w każdym lokalu z sushi w Polsce. Na początek wylądował przede mną talerzyk z sześcioma nigiri - każde z inną rybą. Zazwyczaj decyduję się  na rybę poddaną obróbce termicznej, gdy nie jem jej w sprawdzonym miejscu -  nawet nie z powodu obaw o zatrucie pokarmowe, ale surowa czasami smakuje jak podeszwa od buta. Czegoś takiego jak w Ato jeszcze nie jadłam: mięso niemalże rozpływało się w ustach, było doskonale i tak smaczne, że nawet nie przyszło mi do głowy używać sosu sojowego. Na pewno zdarzyło wam się zjeść w życiu coś tak dobrego, że przestaliście panować nad własną mimiką - i ja tak właśnie siedziałam z niezbyt mądrym wyrazem twarzy i zamkniętymi oczami, delektując się kolejnymi kawałkami.  Następnie na talerzu wylądowała jeszcze długo gotowana miękka ośmiornica z aioli truflowym i krewetka w tempurze. W sumie 17 sporych, oszałamiająco pysznych kawałków, po których nie miałam już siły na więcej.

Na szczęście na deser jest dodatkowy żołądek
Jak wiadomo, nawet najbardziej nażarta osoba zawsze zmieści w sobie jeszcze deser. Zamówiłam wychwalany przez znajomych tort z zielonej herbaty na kruchym spodzie, który bije na głowę większość wyrobów cukierniczych jakie jadłam w życiu. Za całe moje obżarsto (plus zielona herbata) zapłaciłam 130 zł. Jest to bardzo uczciwa kwota, biorąc pod uwagę, że jadłam tylko sushi z rybami i owocami morza i nie pożałowałam go sobie (o jakości nawet nie wspomnę). Wisienką na tym sushi torcie była też bardzo miła obsługa.

Ogólne wrażenia, jak w załaczonym gifie. Dołączam oficjalnie do grona osób, które wybierają się do Łodzi tylko po to, by odwiedzić Ato.

1 komentarze: