W krainie bulgogów / Eataway u Miry

grudnia 16, 2017 KochamJesc 0 Comments


zdjęcie z prywatnego archiwum Miry
O Eataway  pisałam już w marcu tego roku przy okazji cudownej kolacji u Sumony i jej rodziny. Krótko o inicjatywie: Eataway to platforma, za pośrednictwem której możecie zakupić posiłek u prywatnych kucharzy (często są to obcokrajowcy mieszkający w Polsce). Takie kilkudaniowe uczty, to nie tylko gratka dla wszystkich smakoszy, ale także wspaniała okazja by nawiązać nowe znajomości. Żałuję tylko, że musiało minąć ponad pół roku nim udało mi się znaleźć czas na kolejną kolację.

kimchi
Pochodząca z Korei Południowej Mira mieszka ze swoją rodziną w Krakowie już dekadę. Nie bez przyczyny jej eatawayowe uczty cieszą się ogromną popularnością. Mira kilka razy w miesiącu organizuje u siebie biesiady dla miłośników kuchni azjatyckiej - można wybrać menu dla mandu-maniaków, tradycyjne koreańskie menu (kimchi, bulgogi, bibimbap), koreański grill, ladies night (tylko dla pań, azjatyckie smakołyki w towarzyństwie drinków), czy menu wegetariańskie. W moim przypadku padło na "Mira's Chopsticks", czyli dwa główne dania, mnóstwo dodatków i deser.
spring rolls
Sercem przytulnego mieszkania Miry jest (zaskoczenia nie będzie) przestronna kuchnia połączona z salonem. Tam zasiadłam z pozostałą ósemką gości przy pięknie udekorowanym stole. Gospodyni nie dała nam się nudzić, mimo że między przybyciem kolejnych gości krzątała się między naczyniami. 
Pierwsze pojawiły się kiszonki kimchi. W polskiej kuchni kiszonek nie brakuje, więc azjatycka wersja nie powinna być szokiem dla kubków smakowych przeciętnego Kowalskiego. Oczywiście koreańskie kiszonki zapewniają trochę intensywniejsze doznania, między innymi dzięki chili. Prawie równocześnie podano gościom spring rollsy, albo jak kto woli - sajgonki. Nie miały one wiele wspólnego z tym co dostaniecie w pierwszym lepszym "chińczyku" - były pełne świeżych warzyw i delikatnego kurczaka, owinięte w papier ryżowy, który nie przypominał czegoś wydobytego z egipskiego sarkofagu. Sos orzechowy, z którym podano spring rollsy to jeszcze inna bajka - chyba każdy miał ochotę wylizać swój talerz. Gospodyni chętnie odpowiadała na wszelkie pytania dotyczące kuchni i swojego rodzinnego kraju.
Następnie poczęstowano nas plackami z cukinii. Poza winem i wodą, goście mogli napić się sujeonggwa - tradycyjnego koreańskiego bezalkoholowego ponczu z persymony, cynamonu i imbiru. Napój przypomina w smaku wigilijny kompot z suszu z wyraźnie wyczuwalnym cynamonem i podobnie jak polska wersja wspomaga trawienie.
Chociaż po przystawkach część gości poczuła się pełna, czekały nas jeszcze dania głównie: kurczak słodko-kwaśny i sushi. Marynowanego kurczaka usmażono z warzywami w słodko-kwaśnym sosie chili. Wielkość kawałków umożliwiała wygodne jedzenie pałeczkami nawet niewprawionym osobom, bez konieczności używania sztućców (choć też były dostępne). Mięso było delikatne i co chyba dla mnie najważniejsze - bez żyłek i chrząstek, których nie znoszę. Na tym samym talerzu dostaliśmy pięć sporych kawałów smakowitego sushi - z łososiem, awokado, tuńczykiem, krewetką. Mimo domowej atmosfery i nieformalnego charakteru wydarzenia, Mira zadbała aby wszystkie serwowane dania nie odbiegały estetyką od potraw serwowanych w restauracjach. Sama gospodyni w pojedynkę radziła sobie tak, że mogłaby zawstydzić obsługę niejednego krakowskiego lokalu. 
Zanim na stole pojawił się deser, dostaliśmy makkoli - koreański napój alkoholowy na bazie sfermentowanego ryżu. Ma około 3% zawartości alkoholu, kremową konsystencję i jest dostępny w wersjach smakowych (my próbowaliśmy klasycznej). Makkoli pije się z płytkich miseczek (jak na zdjęciu).
Zwieńczeniem uczty było ciasto biszkoptowe z kremem ze słodką fasolą. Jeśli fasola i ciasto wydają się wam połączeniem abstrakcyjnym, to bez obaw - smakuje inaczej niż konserwowa z puszki. 
Każdy eataway jest jak loteria z gwarantowanymi nagrodami. I tym razem wylosowałam fantastyczne towarzystwo: dwa pokolenia osób, z którymi znalazłam mnóstwo wspólnych tematów i przegadałam cały wieczór. I to jest chyba najsmakowitszy element wspólnego biesiadowania.

0 komentarze:

You wanna rumble in my jungle? / Orzo People Music Nature

grudnia 05, 2017 KochamJesc 0 Comments


Nikt nie spodziewał się Hiszpańskiej Inkwizycji i nikt nie spodziewał się warszawskiego Orzo... w Krakowie. Tymczasem pojawiło się na Zbłociu i to na tym podboje się nie skończą. Ale póki co, pozostańmy przy krakowskim adresie.
Orzo zajęło obszerny budynek po dawnym Industrialu i przemieniło go w dżunglę - niemalże dosłownie. Wnętrze tonie w roślinności. I to nie jakiś plastikowych palemkach, tylko żywych roślinach, które mają pochłaniać smog. Ponad tysiąc roślin, żywy kobierzec we wszystkich odcieniach zieleni na ścianach i ogromne okna sprawiają, że można się tam poczuć jak w palmiarni. Wracając do smogu i przeróżnych zapaszków, jeszcze przed pierwszą wizytą słyszałam co nieco na temat aromatów kuchennych. Faktycznie, przy stolikach usytuowanych najbliżej dużej, otwartej kuchni można spodziewać się większej ilości doznań zapachowych, natomiast po drugiej stronie, bliżej baru nie było już czuć nic. Poza zieloną gęstwiną, wystrój jest raczej industrialny i nowoczesny. Na szczęście jest bardzo przestronnie, a stoliki rozstawiono tak, że nie grozi wam wsadzenie komuś łokcia w talerz. Nie licząc żywych roślin, Orzo zapewnia też muzykę na żywo. 
Karta dań zajmuje tylko jedną stronę, ale zawiera sporo pozycji w przedziale cenowym 14,90 - 59,90 zł. Pozaznaczano w niej dania wegetariańskie, wegańskie, ostre i do dzielenia się. Jest więc pięć opcji śniadaniowych z możliwością dobrania dodatków, startery i tapasy (hummus, falafel, carpaccio czy krewetki), sałatki, steki, burgery z solidnymi porcjami mięsa, pizza i makarony ( nie zabrakło tu oczywiście i tytułowego makaornu orzo). Duży bar na środku sali zobowiązuje - w karcie znajdzie też sporo alkoholi i koktjali.
Podczas pierwszej wizyty skusiłam się z osobą towarzyszącą na Lime Quinoa Salmon (czyli filet z łososia w sosie limonkowym z mango, quinoa, makaronem orzo, blanszowanym szpinakiem i soją) oraz czarny makaron z kalmarami i krewetkami na białym winie. Za łososiem nie przepadam, nawet w restauracyjnych wydaniach potrafi być wyjątkowo mdły, ale w towarzystwie sosu limonkowego z mango smakował wspaniale. Chociaż gustuję raczej w makaronach, to ryba tego wieczoru wygrała. Najlepszą rekomendacją będzie chyba fakt, że moja towarzyszka - osoba dla odmiany nienawidząca żreć - skończyła całą porcję ze smakiem 🐠
Bardzo smakowały nam lemoniady (zwłaszcza gruszka z szałwią, w której było czuć kawałki owoców) i deser dnia (serek mascarpaone, mus owocowy). Początek tygodnia okazał się być dobrą porą na pierwszą wizytę, gdyż w środku nie było tłumów i zostałyśmy też szybko obsłużone. Lokal istnieje raptem dwa tygodnie i przygotował sporo promocji dla nowych klientów: w tygodniu śniadania za złotówkę do kawy, w weekendy kawa za złotówkę do śniadań, promocyjne ceny na poszczególne dania i alkohole, lunche za 19,90 lub 29,90 zł, a do tego sporo konkursów na fejsie.
Myślę, że wszyscy miłośnicy tętniących życiem lokali z muzyką na żywo będą się tu czuli jak ryby w wodzie. Wyjątkowo mamy w Krakowie zimę z prawdziwego zdarzenia i sypiący od czasu do czasu śnieg, więc tym sympatyczniej siedziało się w tropikalnym wnętrzu przy ogromnej szybie. 

0 komentarze: